Reportaże

 

Café Literario

Do Café Literario trafiliśmy przypadkiem. Kawiarnię Manzana de la Riviera znaliśmy już doskonale. Znaliśmy też centrum miasta i co poniektóre mniejsze uliczki. Ale nie chciało nam się wierzyć, że w Asunción może być tylko jedna kawiarnia na przyzwoitym poziomie i wytrwale poszukiwaliśmy dalej. Błądziliśmy ulicami miasta i natrafiliśmy na lokal, który wyraźnie różnił się wystrojem od pozostałych obiektów. Było ładnie, było zadbanie, było z gustem. Przed lokalem przechadzał się umundurowany policjant. Zaintrygowani weszliśmy. I nagle naszym oczom ukazał się świat, jakiego szukaliśmy – świat książek. W Asunción jakby nie było księgarni z prawdziwego zdarzenia, trafił nam się tylko antykwariat z Gustavem i grubą señorą, o której dowiedziałam się od Krysi, że ma na imię Gloria. A tutaj otoczyły nas książki, gazety, kolorowe plakaty na ścianie! Na żyłce bujała się tekturowa atrapa książki Salmana Rushdie, na ścianach wisiały portrety bliżej nam nieznanych pisarzy. Byliśmy z Olgunią, było już późno, ciemna noc, ale mimo to zdecydowaliśmy się zostać.

Natychmiast podszedł do nas elegancki kelner w białej koszuli i czarnej muszce – zamówiliśmy piwo – una cerveza i oranżadę dla dziecka. Rozglądaliśmy się ciekawie dookoła. Książki. Mnóstwo książek. Można było podejść do regałów, wziąć jakiś album i zacząć czytać. Biografia Che Guevary? Proszę bardzo. Księga rekordów Guinessa? Jest, oczywiście. Literatura piękna. Poezja. Historia. Albumy malarstwa. Sztuka. Przy dyskretnych stolikach, na których stały przezroczyste kieliszki z wsypanymi czarnymi ziarenkami kawy siedzieli goście. Artyści. Literaci. Studenci. Zakochane pary. Staruszkowie. Wszyscy – miłośnicy książek i miłośnicy atmosfery Café Literario. Bo Café Literario miała swoją atmosferę. Tworzył ją wystrój, ale przede wszystkim tajemniczy kelner – artysta o imieniu Hugo, krążący między ciasnymi stolikami i dyskretnie przyjmujący zamówienia. I tak zaczęliśmy chodzić do tej magicznej kawiarni.

Pojawialiśmy się w niej niemal codziennie, wieczorem po pracy mojego męża. Jedynym problemem była dla nas Olgunia. O tej porze dziecko powinno już spać. Nie miałam jej jednak z kim zostawić. Pomyślałam nawet o Zulmie – zaproponowaliśmy jej, żeby popilnowała Olguni za pieniądze, ale Zulma ucieszyła się z propozycji i jednocześnie zasępiła się. Mimo, że oficjalnie zatrudniona była przez firmę mojego męża, Maria José traktowała ją jako prywatną służącą i mogłaby być zła, gdyby okazało się, że Zulma pracuje dla nas. Poza tym Zulma pracowała od wczesnego rana do późnej nocy i nie miałam sumienia dawać jej jeszcze dodatkowego obowiązku. Koniec końcem zdecydowaliśmy się, że nasz wszędobylski maluch będzie chodził z nami. W praktyce wyglądało to tak, że Olgunia padała w jakimś kącie w środku nocy i układaliśmy ją wtedy do snu – na krzesłach, na kanapie, na czym się dało.

Tak więc Olgunia chodziła z nami do Café Literario. Była tam stałym gościem. Café Literario składała się z parteru i antresoli, na której również ustawiono kilka stolików. Jeśli siedzieliśmy na antresoli musieliśmy stale uważać, żeby Olgunia nie zbiegła nam schodami na dół. Jeśli siedzieliśmy na dole musieliśmy uważać, żeby nie biegała między stolikami. W każdym razie dostarczała nam mnóstwo zabawy i wystawiała – jak zwykle – na próbę naszą cierpliwość.

Chodziliśmy i chodziliśmy do Café Literario i obserwowaliśmy ludzi. A nuż uda się zawrzeć jakąś ciekawą znajomość, coś się urodzi? Ale nie wypadało podejść do cudzego stolika... Aż tu któregoś dnia siedzieliśmy na górze, na antresoli i rozglądaliśmy się z ciekawością. Pod nami, na parterze rozsiadła się grupa ludzi. Złączyli stoliki i zawzięcie dyskutowali albo słuchali w milczeniu, gdy ktoś odczytywał coś z kartki. Byli to ludzie w różnym wieku – młodzi, pewnie studenci i seniorzy o siwych włosach. Sądziliśmy, że to jakiś profesor z miejscowego uniwersytetu odbywa zajęcia z młodzieżą. Nie należało więc przeszkadzać.

Zeszłam na dół i z półki wzięłam antologię poezji. Młodej poezji paragwajskiej. Zaniosłam ją na górę, tam gdzie siedział mój mąż razem z Olgunią. Przeglądaliśmy ją uważnie. Czytałam na głos nazwiska. Poezja była w języku hiszpańskim, więc rozumiałam bardzo niewiele. I nagle od sąsiedniego stolika poderwał się młody mężczyzna. Zaczął nam się przypatrywać z dużym zdziwieniem, potem do nas podszedł. Okazało się, że był to Wilson Villalba, członek grupy literackiej... Myślał, że mu się to śni. Spełniło się marzenie każdego literata. Oto nieznajomi ludzie, do tego literaci czytają na głos jego wiersze, wymieniają głośno jego nazwisko i dyskutują na temat tego, co napisał. Czy może być coś cudowniejszego dla początkującego pisarza?

Siedzieliśmy w Café Literario. Ja piłam mój ulubiony sok pomarańczowy – jugo de naranja, Leszek pił cervezę. Zajadaliśmy pyszne lomito – kawałki mięsa umieszczone na wykałaczkach, które zanurzało się w pysznym sosie, gdy znienacka pojawił się kelner Hugo, by zebrać cicho i sprawnie zamówienia. Hugo już nas znał, wiedział, że jesteśmy polacos. I nagle powiedział: tam na dole też siedzi Polak... Przyjrzeliśmy się zaskoczeni bliżej – na dole, wśród tej grupy, która miała połączone stoliki siedział mocno opalony blondyn podobny do Karola Wojtyły z czasów młodości. Zaintrygowani zeszliśmy na dół.

Grupa ożywiła się. Zaproszono nas do stolika. Znalazły się dodatkowe krzesła. I tak weszliśmy do grupy literackiej Mesa de Borges. Polak nazywa się Artur Sosna i studiuje w Niemczech jakiś kierunek związany z ekonomią. To właśnie praktyki rzuciły go do Paragwaju. A reszta to był kwiat inteligencji paragwajskiej – studenci zwłaszcza prawa, lekarze, adwokaci, dziennikarze. W różnym wieku, różnych profesji. Łączyło ich jedno – miłość do literatury i chęć zaistnienia, bo każdy z nich był oczywiście poetą, prozaikiem i kochał swoje zamiłowanie. Grupą przewodził Alejandro, z wykształcenia lekarz psychiatra, opiekujący się słynnym paragwajskim pisarzem Augusto Roa Bastosem, autorem m.in. książki „Ja, najwyższy” (przełożył na język polski Andrzej Nowak). Rządził twardą ręką i wprowadzał zdrową, twórczą dyscyplinę. Ale tego wieczoru nie dane nam było go poznać.

Nagle aż zaroiło się od tematów! Grupa przyglądała nam się z ciekawością. Polaco... Artur też był Polakiem, do tego łudząco podobnym do młodego papieża, więc Grupa sądziła, że to normalne i każdy Polak po prostu tak wygląda. A tu nagle widzą przed sobą rudzielca, szatynkę i blond dziecko niezbyt podobne z wyglądu do rodziców...

Pachnieliśmy im Europą, oni za nią tęsknili, na wzór europejski palili mnóstwo papierosów, chociaż ten nałóg nie jest popularny w Paragwaju. Cóż oni wyrabiali z paczkami od papierosów! Obstukiwali je z każdej strony, pukali, gnietli, by na końcu wydobyć jednego i zapalić, zaciągnąć się tak, jak to widzieli na filmach. Oni dla nas byli kwintesencją tego, co znaliśmy z literatury iberoamerykańskiej, grupą literacką, o której czytałam tylko w podręcznikach na studiach, takimi „Żagarami” czy „Kwadrygą” na przykład. Coś wymarzonego! Byli też jednocześnie bardzo kulturalni, sympatyczni, otwarci. Zupełne przeciwieństwo dziwnego Ricarda!!! I jaką oni mieli pozycję w społeczeństwie!!! Elita!!! Była między nami Julia, prawnuczka jednego z prezydentów Paragwaju, był syn światowej sławy architektów!!! Gdyby Ricardo wiedział, jakich mamy znajomych z pewnością zzieleniałby z zazdrości. No, ale Ricarda niewiele to interesowało, chociaż na pewno czujnie zarejestrował, że znikamy prawie każdego wieczora, ponieważ zwykł obserwować każdy nasz ruch.

Nazywali się pięknie, jak postaci z literatury iberoamerykańskiej. Juan Carlos Cabezudo, Julia Helena Fernandez Albertini, Belén Guggiari (jej wujek jest słynnym paragwajskim rzeźbiarzem. Zostałam zaproszona, żeby zobaczyć jego pracownię, ale niestety zabrakło czasu. Musieliśmy już wyjeżdżać.), Carlos Vera Andrada, Raul Andrada. Jeden z nich, nie pamiętam który, był senatorem w paragwajskim parlamencie, do tego wspomniany wyżej Wilson Villalba. I kochali literaturę, kochali o niej rozmawiać, kochali się spotykać. Próbowali pisać – Alejandro zadawał temat, a na następnym spotkaniu sprawdzał odrobione „zadanie domowe”. Doskonale wiedział co robi i na co zwrócić uwagę. Po każdym spotkaniu odbywał się oczywiście dyskusja i różnego rodzaju flirty w Internecie.

Już tego samego dnia, a właściwie wieczora, kiedy spotkaliśmy grupę literacką zostaliśmy zaproszenie przez Juana Carlosa, studenta filozofii, do jego domu na prywatkę. Chętnie skorzystaliśmy z zaproszenia. Wyruszyliśmy wieczorem, kiedy już było ciemno w nieznany nam rejon miasta z planem narysowanym przez Juana Carlosa w ręce. Taksówkarz zawiózł nas we wskazane miejsce, ale nic się nie zgadzało. Nie było takiej ulicy, nie było domu o takim numerze... Zdezorientowani krążyliśmy w nocnym upale z rozhisteryzowanym i zasypiającym dzieckiem. Na mapie jako punkt orientacyjny wyraźnie była narysowana restauracja – spotkaliśmy dwie chińskie, ale to nadal nie było to. Gdy tak błądziliśmy rozpaczliwie w nieznanym nam miejscu Asunción zastanawiając się czy jednak się nie poddać i nie wrócić do domu natknęliśmy się na grupy koczujących na ulicy, a właściwie na chodniku ludzi. Były to głównie dzieci w różnym wieku, maluchy, starsze, nastolatki. Spali pokotem ubrani w byle jakie koszulki polo na tekturach przykryci byle czym, jakimiś derami, starymi kocami, gazetami. To był ich dom, ich legowisko. Obok nich leżały zakutane większe postaci – z pewnością byli to ich rodzice. Omijaliśmy te ciemne sylwetki i rozpaczliwie błądziliśmy dalej. I nagle spotkaliśmy znajomą twarz – jak spod ziemi wyłonił się przed nami Artur Sosna. Również trzymał w ręku plan. Zajrzeliśmy ciekawie przez ramię – no, tak, my mieliśmy tylko połówkę! A drugą polówkę miał właśnie Artur! Było to tak niesamowite spotkanie, przecież wcale się nie umawialiśmy!!! Ale dla mnie był to dowód, że w każdej chwili, w całym naszym życiu działa nad człowiekiem Siła Wyższa, że jeśli ma się coś wydarzyć, to się wydarzy niezależnie od okoliczności. Mieliśmy spotkać Artura Sosnę i oto go spotkaliśmy, było nam dane pójść na tę prywatkę i poszliśmy.

Gdy mieliśmy już cały plan z trafieniem na miejsce nie było żadnego problemu. Stanęliśmy w końcu przed jakimś domem i oczom nie mogliśmy uwierzyć, tak był piękny!!! Zadbany ogród, kępy podświetlonych palm. Ale najsympatyczniejsze, najestetyczniejsze było wnętrze. Jak już wspomniałam, rodzice Juana Carlosa są znanymi architektami, którzy projektują domy na całym świecie, jak wobec tego mieliby nie urządzić najpiękniej jak potrafili własnego domu?

A wygląda on tak. Ideą pani domu, mamy Juana Carlosa było oddanie specyfiki krajów, w których pracowała. I na ogromnej powierzchni parteru utworzyła takie kąciki, zakątki nawiązujące wystrojem do odwiedzanych miejsc. Był więc kącik boliwijski. Były kąciki afrykańskie, był kącik paragwajski. A wszędzie kominek, ludowe rzeźby, stoły nakryte zgodnie z tradycją danego kraju. Niezwykła estetyka tego miejsca nawiązywała do wędrówek gospodarzy.

Juan Carlos pełnił honory gospodarza. Impreza była składkowa, każdy przyniósł to, co miał – a właściwie dziewczyny sałatki, a panowie alkohole, ale to Juan Carlos wszystkim zarządzał i decydował jaka ma być kolejność, co jest zrozumiałe. Oprowadzał nas też po swoim pięknym domu, z którego – co było widać – bardzo był dumny. Kiedy zeszli się wszyscy rozpoczęły się rozmowy. Ale nie o literaturze, nie o sztuce, ale o Paragwaju, o jego trudnej sytuacji, o krwawych ostatnich wypadkach, o młodej paragwajskiej demokracji, o demokracji w ogóle, o komunizmie – słowem o polityce. I nagle okazało się, że mamy sobie wiele do przekazania, a jednocześnie, że my nie jesteśmy w stanie zrozumieć ich modelu dyktatury, dla nich komunizm jest obcy, inny, a nawet atrakcyjny... Oj, dostrzegłam podczas wymiany doświadczeń i poglądów błysk zaangażowania w oczach Juana Carlosa, gdy mówiliśmy o najnowszej historii Polski. Było to zrozumiałe, Juan Carlos był studentem filozofii. Znał komunizm z teorii i ta teoria jego, tak jak miliony innych ludzi, pociągała... Był wychowany w dobrym, zasobnym domu i był wciąż na tyle młody, że ze swojej bezpiecznej pozycji chciał zmieniać świat rewolucyjnie... Nie było innej rady, musiałam przejść z angielskiego na mój tragiczny hiszpański, z którym po raz pierwszy spotkałam się właśnie w Paragwaju i oponować. Lekarz, Carlos, mówił mniej więcej, że idea, sama idea, jej jądro jest dobre, jest czyste... Pozostało tylko odpowiedzieć kalecząc jego piękny język:

Quando practica no es buena, tampoco idea es buena...

Popatrzył na mnie uważnie i myślę, że przez to nieporadne zdanie zrozumiał więcej o komunizmie niż ze wszystkich dotychczas przeczytanych książek.

Nie lubię rozmów o polityce. Pracowałam jako dziennikarz informacyjny w radiu, przygotowywałam wiadomości i mam jako – taką orientację polityczną. Ale uważam, że dysputowanie o polityce nie jest kobiecą czynnością, że kobieta i władza nie idą w parze. Jednak wiele naszych obserwacji wzbogacało nas nawzajem i poszerzało horyzonty. Ich młoda demokracja jest rówieśniczką polskiej. Powstała w podobny, można rzec – cudowny sposób bez wielkiego rozlewu krwi. Ale tu zaczynają się różnice. Polska w porównaniu z Paragwajem jest krajem, który mocno trzyma się uchwyconej szansy i poprzez konsekwentne reformy posuwa się w przód – nie na darmo Krysia Pisera – Balmaceda wołałaby mieszkać w Polsce, natomiast Paragwaj zdaje się pogubić i marnować swoją szansę. Niby jest państwem demokratycznym, ale wciąż są silne prześladowania polityczne, niby nie ma monowładztwa, ale rządzi de facto jedna partia i jej frakcje, niby jest stabilizacja, ale co jakiś czas dochodzi do krwawych wystąpień brutalnie tłumionych nawet z ofiarami śmiertelnymi. Poza tym ta wszechobecna latynoska nędza, ten Trzeci Świat wyłaniający się z każdej uliczki, to poczucie wiecznej prowincjonalności względem potężnych sąsiadów... Ukazały nam się bardzo wyraźnie analogie z Polską również położoną nieszczęśliwie pod względem geograficznym i wiecznie nadganiającą, wiecznie będącą epigonem Europy, wiecznie tragicznie doświadczaną... Chciałam jednak powiedzieć coś optymistycznego moim ambitnym i wrażliwym paragwajskim przyjaciołom. Przyszło mi na myśl porównanie z rzeką, rzeką trutą latami przez niszczycielską fabrykę. I nagle ktoś zakręca zatruty kurek. Co się dzieje? Rzeka się czyści, natura sama wyrównuje sobie lata zniszczeń. Oczywiście wymaga to czasu, ale proces naprawy jest nieodwracalny... Tak jest z państwem totalitarnym, któremu uda się zrzucić jarzmo. I ono się oczyści. Może to naiwne, ale ja w to wierzę, a praktyka zdaje się moją wiarę potwierdzać.

Oczywiście nasze spotkanie nie przebiegało tylko tonąc w mądrych dyskusjach. Były papierosy, wódka, gitara i śpiew, recytacja wierszy i prześciganie się kto jest lepszym artystą, tak jak w prawdziwej grupie literackiej być powinno. Nasi panowie okazali się urodzonymi pieśniarzami, każdy czuł za punkt honoru akompaniować sobie na gitarze, która krążyła z rąk do rąk... Paragwajczycy śpiewają jakby nie odczuwali tremy. Jeden drugiemu wręcz wyrywał gitarę po to, by błysnąć, by przypodobać się dziewczynom niezależnie od tego, jakie ma zdolności wokalne. Śpiewają jeden przez drugiego, popisując się i zawodząc, a wręcz smęcąc o jakimś sercu złamanym, o kobiecie, przez którą zginą... Bardzo to różne od pieśni biesiadnych, jakie wykonujemy w Polsce. A repertuar był iście międzynarodowy – pieśni paragwajskie, argentyńskie, hiszpańskie, polskie (w moim dość przeciętnym wykonaniu, zdobyłam się nawet, żeby zaśpiewać coś naszych braci Rosjan, padło na Bułata Okudżawę), Artur przyprowadził swoje koleżanki Niemki, które zaśpiewały swoje piosenki i kilka angielskich przebojów... bardzo dobrze się czuliśmy w grupie literackiej La mesa de Borges. Nigdy takiej grupy nie spotkałam w Polsce...

A potem były już tylko tańce, hulanka i swawola... z demoniczną Astrid, kobietą – wulkanem, kobietą wampem, naturalną blondynką, co ścina Paragwajczyków i w ogóle Latynosów z nóg. Astrid jest rodowitą Paragwajką, ale rodzice pochodzili ze Szwecji i z Niemiec, czym wytłumaczyć można jej urodę. A temperament... no cóż, taka się urodziła... Tańczyła dźwigając butelki po kolei różnych gatunków wódki na głowie, w długich, sexy, czarnych kozakach na nogach wywołując piorunujące wrażenie na mężczyznach. Zresztą dużo tej wódki wypiła i wypaliła ogromne ilości papierosów...

Jedynym problemem była Olgunia. Nasz maluch musiał z konieczności wędrować z nami. A więc skazany był na wszelkie możliwe niewygody dorosłych – opary dymu, hałas, głośną muzykę, niestosowne zachowanie – jak mogłam starałam się ją chronić. Gdy zasnęła na moich rękach poprosiłam Juana Carlosa, by zaprowadził mnie do jakiegoś pomieszczenia w domu, gdzie mogłabym ją położyć. Juan Carlos oczywiście się zgodził i podążyłam w głąb jego pięknego domu z Olgunią na rękach. Weszliśmy do pokoju, który zdawał się być pokojem nastolatka. Kolorowe plakaty zespołów muzycznych na ścianach, rakieta tenisowa oparta o tapczan... położyłam Olgunię, okryłam ją i wróciliśmy w wir towarzyskiego życia. Ale co jakiś czas wracałam do pokoju, by zaglądnąć, czy wszystko jest w porządku. I nagle, gdy cichutko, po ciemku zakradłam się sprawdzić, czy mój maluch śpi, gdy stanęłam przy jej główce i nasłuchiwałam czy dziecko oddycha zapaliło się światło i z krzykiem ktoś na nas się rzucił. Odskoczyłam przerażona. Przy Olguni stał chłopak, może piętnastoletni i głaskał ją głośno mówiąc: qué linda nena, qué hermosa nena, qué guapa nena! Było to tak zaskakujące, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Wtedy w drzwiach stanął Juan Carlos i zaczął mnie przepraszać, że brat nie wiedział, iż ktoś będzie w jego pokoju. Powoli sytuacja się wyjaśniała. Brat miał na imię Carlos i wrócił skądś w nocy razem z rodzicami. Był dzieckiem z zespołem Downa. Te dzieciaki reagują niesłychanie spontanicznie niezależnie od wieku i nie są w stanie wyrządzić zła. Carlos też nie chciał nic zrobić mojej córeczce, chociaż wyglądało to prawie jak napaść. On po prostu zachwycił się małą blondyneczką w swoim pokoju i tak gwałtownie okazywał jej swoją miłość. Juan Carlos stał trochę zakłopotany w pokoju, pojawiła się też ich mama. Czułam się zaszczycona, że mogę jej przekazać moje dowody uznania za to jak urządziła ich dom. Mama uśmiechnęła się, zatoczyła w powietrzu ręką i powiedziała po angielsku: - To jest też twój dom... Niezwykle mądrzy musieli być rodzice Juan Carlosa.

Tymczasem nasze przyjęcie trwało dalej, chociaż już była głęboka noc i zaczynało docierać do nas, że niedługo będziemy musieli się rozejść. Rozpierzchliśmy się po domu, po kunsztownym ogrodzie, towarzystwo było rozluźnione alkoholem i coraz bardziej zbratane. Aż nadszedł nieuchronny moment pożegnania. Musieliśmy obudzić Olgunię, poczekać na taksówkę i wrócić do naszego domu na calle dr Morquio seis seis ocho.