Reportaże

 

Centrum Asunción

Nie rozumiem tutejszych taksówkarzy. Przeważnie milczą całą drogę. Wezwani telefonicznie pojawiają się na dr Morquio późno, po kilkunastu minutach. Nie znają miasta, a ja nie mówię po hiszpańsku i podczas jazdy co chwilę wynikają różnego rodzaju nieporozumienia. Taksówkarz rzuca na tylne siedzenie tylko kilka uwag w rodzaju prosto, w lewo, w prawo. Nie umiem poprawnie odpowiedzieć, a nawet gdybym umiała na niewiele się to zda, bo na przykład ulica Avenida dr Eusebio Ayala jest w ciągłym remoncie, obezwładniona przez permanentny korek. Kierunek jazdy co chwilę się zmienia, w powietrzu kotłuje się hałas, zapach benzyny i potu, pokrzykiwania, jazgot klaksonów. Muszę mocno trzymać Olgę, ponieważ taksówkarz często ostro hamuje i nie bardzo mogę się skupić na wyjaśnieniach.

Siedząc w rozklekotanym samochodzie i przyglądając się zawieszonym na lusterku niemal obowiązkowym różańcom, naklejonym na desce rozdzielczej nalepkom z wizerunkami Matki Boskiej i religijnym napisom często zastanawiałam się dlaczego kierowcy milczą. Czy taki jest tutaj obyczaj? Czy dlatego, że jestem biała? A może biorą mnie za Amerykankę? Może boją się zacząć pierwsi rozmowę? To milczenie zawsze jest jakieś niezręczne, nie na miejscu, więc by je przerwać opracowałam kilka pytań, które po czasie zredukowałam do jednego – ¿señor, tiene hijos? (Czy ma Pan dzieci?) Po tym pytaniu taksówkarz zwykle miękł, rozklejał się w sobie. Następne pytanie było o wiek, a dalsze o imię. Bebe? Nena? Chica? Paragwajczycy mają mnóstwo określeń dla dzieci w każdym wieku. Moja mała właśnie wyrosła z bebe, a weszła w nena. Lada moment przeistoczy się w chica – to określenie dla ośmiolatki, dziesięciolatki, jeszcze nie panienki. Potem pojawia się muchacha. Taksówkarz wymienia imiona dzieciaków i wyraźnie rozluźnia się, gdy oświadczam, że nie jestem norteamericana. Rozmowa odbywa się w czułym tonie, amoroso. Tutejsi mężczyźni są bardzo wrażliwi i rozczulają się nad dziećmi w iście ciociny sposób.

Wracając z centrum do domu korzystałam z licznych postojów taksówek. Postój to Parada de TAXI. Pomalowane na żółto samochody, zazwyczaj dumne, przepastne mercedesy stoją w kolejce czekając na pasażerów. Kierowcy siedzą tuż obok w czymś w rodzaju szopki. Jest to ławka, nad którą zamontowano drewniany daszek. Pod daszkiem jest skrzynka, a w niej maleńki telewizor. Rząd taksówek jest zwykle długi, a klientów mało. Dlatego taksówkarze siedzą na ławce, czytają gazety, grają w warcaby (pionkami są kolorowe nakrętki od butelek), oglądają program TV, rozmawiają.

Taksówkarze mają jakieś tajne umowy z cambistami. Na początku wymienialiśmy pieniądze właśnie u nich, czyli u tutejszych cinkciarzy. Stoją oni w centrum przy każdym większym skrzyżowaniu – zwykle kilku facetów z wypchanymi saszetkami pod pachą. Podjeżdżaliśmy do nich taksówką, cinkciarz podawał aktualny kurs dolara, w guaraní, my mówiliśmy, ile chcemy sprzedać. Odchodził na bok, po czym wracał z gotówką i podawał ją nam przez okno samochodu. Po całej operacji wymiany oddalał się równie szybko jak my. Jeśli taksówkarz liczył na napiwek starał się nam pomóc. Wyświetlał kwotę na kalkulatorze, sam rozmawiał z cambistami. Czasami ostrzegał nas przed oszustwem. Nigdy jednak nie zawiózł nas do legalnego kantoru, a wyraźnie o to poproszony kręcił, mataczył i wiózł nas ponownie do cambistów. Początkowo myślałam, że uprawiamy jakiś mocno zakazany proceder. Ale wystarczyło, że przeszłam się z Olgą jedną z głównych ulic centrum – Palmą lub Estrellą - nie mogłam opędzić się od okrzyków za moimi plecami – cambios, cambios!!! Nauczona kilkoma próbami oszustwa wyraźnie odpowiadałam ¡No!. Gdy jedni rezygnowali, pojawiało się przede mną następne ważne skrzyżowanie, gdzie czekali już inni i zaczepianie rozpoczynało się na nowo.

Centrum również ukształtowane jest w kratkę. Dzięki temu od czasu do czasu powtarzał się niesamowity widok wypadającego znienacka z sąsiedniej, równoległej ulicy pędzącego autobusu. Gdy dochodziło się do skrzyżowania otwierał się dzięki zakrętom pod kątem prostym ciekawy widok – horyzont nie był niczym ograniczony i można było oglądać miasto na wylot. Widziało się wyraźnie akcję, ruch na wszystkich ulicach – Gdy autobus jechał równolegle do mojej ulicy – do skrzyżowania zasłaniały go budynki. Ale gdy znalazł się w tym kawałku otwartej przestrzeni, jaką otwierało skrzyżowanie – wyskakiwał jak wystrzelony z katapulty, przejeżdżał z dużą prędkością i szybko znikał.

Kiedy myślę o centrum Asunción przychodzi mi na myśl słowo ambicja. Ktoś miał ambicję uczynienia z miasta metropolii lub jej namiastki. Ambicję nieokiełznaną i nieliczącą się z realiami. Kupiłam pocztówkę, na której widniał widok Asunción zrobiony z perspektywy rzeki Paraguay. Widnieje na niej nowoczesne miasto, dumnie wznoszą się wieżowce połączone z niższą zabudową w harmonijną całość. Ktoś miał ambicję i budował w górę – stawiając coś, co jest a czego nie ma. Centrum upstrzone jest wieżowcami, wielopiętrowymi budynkami o różnym przeznaczeniu i architekturze. Gdy jednak bardziej się przypatrzeć – są to w wielu przypadkach domy nieskończone, wybrakowane. Niezamieszkałe chociaż doprowadzone do stanu surowego, zdawałoby się, że niewiele trzeba by można było do nich wprowadzić lokatorów. Stoją jednak puste, podupadając z każdym rokiem. Tuż obok nich piętrzą się otwarte betonowe szkielety wieżowców. Betonowe konstrukcje, żebra, krawędzie kolosów pozostawione na łasce i niełasce pogody. Powoduje to wrażenie, że ktoś zainwestował i przerwał budowę nagle, znienacka, z nieznanych, ważnych przyczyn. Takie właśnie jest centrum – elegancki, nowoczesny bank sąsiaduje z pustym placem, na którym usypane są gruzy śmieci i kamieni.

Nie tylko cambiści usytuowali się w centrum. Chodząc ulicami co chwileczkę mijam najróżniejszego rodzaju szczęki, stragany z tandetnym towarem ustawione obok elitarnych salonów. Co jakiś czas zaczepia mnie Indianin Guarani próbujący sprzedać ładne sakiewki, plecaki, bransoletki wykonane ręcznie przez rdzennych, bardzo biednych mieszkańców Paragwaju lub sprzedawca miejscowego przysmaku – ciastek chipa. Są to pyszne ciastka z dodatkiem sera. Chiperito nosi wielki kosz z ciastkami na głowie, na specjalnej nadstawce. Kupowałam ciastka kilkakrotnie, za każdym razem były świeże, jeszcze ciepłe i pachnące. Latem, każdego ranka budził nas charakterystyczny męski głos czasem ryczący, czasem śpiewający do megafonu – chipa, chipa, chipa! Był to glos chiperity biegnący z megafonu w jego samochodzie. Chiperito krążył uliczkami naszej dzielnicy w ten sposób sprzedając ciastka. Kiedyś mój mąż wstał wcześnie i poszedł kupić bułki. Chiperito wyprzedził go samochodem i wykrzyknął przez megafon na całą ulicę: ¡Chipa, chipa, chipa! ¡Buenos días, señor! ¿Qué tál? ¡Chipa! ¡Chipa! ¡Chipaaa!!!!!!!!

Włócząc się po mieście mijałam także stanowiska MONTSOL, czyli tutejszej loterii. Wszędzie, na chodniku, na przystanku, pod domem, pod sklepem, w centrum i na przedmieściach można spotkać kobietę lub mężczyznę w dowolnym wieku siedzących przez cały dzień przy małym stoliczku na krzesełku albo zydelku. Czasami przy stoliku widać doczepioną tabliczkę, na której napisane kredą widnieją jakieś cyfry. Na stole leżą losy. Nie są to bynajmniej losy oddzierane od bloczka, wydrukowane, oficjalne. Są to wymięte zwykłe kartki, spięte jako-tako, przygniecione kamieniem, aby nie porwał ich wiatr. Nie znam zasad tej gry, zapewne losowania odbywają się w TV, a my nie mamy odbiornika. Na jednym z ważniejszych placów w centrum, Plaza Uruguaya, można było spotkać młode dziewczyny stojące na ulicy w odstępach dziesięciometrowych i machające w stronę kierowców jakimiś papierami. Dziewczyny atrakcyjnie i skąpo ubrane. Najpierw myślałam, że to nieletnie prostytutki, ale wyjaśnienie okazało się na szczęście prostsze: one także sprzedawały losy loterii Montsol. Różnica między nimi, a sprzedawcami chodnikowymi polegała na tym, że one nie miały stolika, nie przygniatały losów kamieniem za to machały nimi tuż przed maską samochodów.