Reportaże

 

Droga do Asunción

O godzinie 10.50 przylecieliśmy do Asunción. Samolot zniżał lot, przechylał się to na prawe, to na lewe skrzydło, w dole odznaczały się wyraźnie wśród zieleni białe domki z czerwonymi dachami. Nie czułam nic. Jakiegokolwiek podniecenia, zainteresowania, nie czułam także obojętności. Czułam, że nadchodzi koniec, spełnienie, planowo zbliżamy się do celu, coś się wypełniło.
Był to trzeci dzień podróży, podróży donikąd, bo słowo Paragwaj brzmiało obco; kilkanaście szybko przeczytanych w Polsce danych geograficznych na temat tego kraju tylko pogmatwało próbę posiadania jakiejś wiedzy. Samo Asunción było dla mnie punktem, znakiem, nawet nie przystanią. Końcem odcinka. Nie umiałam sobie wyobrazić, że zamieszkam w tym miejscu. Zdanie będę mieszkać w Paragwaju brzmiało, dźwięczało w uszach i coś kreowało. Asunción – zbiór pusty.

Długo czekałam na rozwiązanie podróżniczej zagadki. Mój mąż, Leszek, od kilku miesięcy pracował w Bonn, w dużej, światowej firmie. Wiedzieliśmy, że Bonn jest tylko przystankiem w pracy, bazą wypadową do dalszych wyjazdów. Wiedzieliśmy, że firma wyśle Leszka wcześniej czy później realizować projekt w dalekim kraju. Nie wiedzieliśmy tylko kiedy i gdzie. Czekałam na wiadomość spoglądając na moją mającą rok i cztery miesiące córeczkę, Olgę, beztrosko bawiącą się w naszym domu w Polsce. Jak zabezpieczyć ją przed zagrożeniami obcego klimatu? Czy dziecko będzie potrafiło zaakceptować nowe środowisko? Czy na miejscu znajdę zadowalającą opiekę medyczną dla mojego malucha? Dzieliłam się wątpliwościami z mężem, a on podawał mi coraz to inny cel, inną nazwę kraju. Ze względu na koszty rozmów telefonicznych zwykle rozmawialiśmy krótko, omawiając jedynie najważniejsze sprawy. Gdy odkładałam słuchawkę wiedziałam, że czeka mnie starcie z rozpędzoną wyobraźnią. W rozmowach pojawiały się Afryka, Azja, bardziej lub mniej gorący klimat, pustynia lub góry, muzułmanie albo chrześcijanie.
Po każdym telefonie od męża, po każdej nowej nazwie kraju, w którym ewentualnie mielibyśmy zamieszkać, rzucałam się na atlasy i przewodniki próbując wyczytać z nich minimum o naszym przeznaczeniu. Minimum, które mogłoby mnie jakoś uspokoić. Nie spodziewałam się, że tkwi we mnie tyle strachu, tyle lęku przed innym, obcym, nieznanym. Że mając do dyspozycji telewizję, Internet, światową prasę, wyższe wykształcenie, podwójnie nic nie wiem: o świecie i o swoich reakcjach. I kiedy mąż zadzwonił po czterech miesiącach oczekiwań, z pewną wiadomością, że za kilkanaście dni znajdę się w Paragwaju, nie mogłam uwierzyć, oswoić się z tym faktem, na który tak długo czekałam. Paragwaj. Ameryka Południowa. Kontynent jak dotąd nie brany w ogóle pod uwagę. Nie zdążyłam dowiedzieć się niczego pewnego, namacalnego. Jechałam z czystym umysłem, byłam tabula rasa, którą miał zapisać inny świat.

Europejskie pociągi zmierzające coraz bardziej na zachód nie różniły się wiele od siebie. W jednym z nich Leszek, Olga i ja, umieszczeni w ciasnej, dusznej kuszetce. Próbujemy zapanować nad sytuacją, nad nerwami, nad oślepiającym światłem latarek w ciemnościach nocy i zdziwieniem celników przyglądających się podejrzliwie stemplom paragwajskiej wizy w paszportach. Próbujemy ujarzmić ryk, wrzask, bunt niespełna półtorarocznej córeczki. Nasze krępujące próby okiełznania wulkanu niemowlęcej energii spełzają na niczym i w końcu poddajemy się, przyzwalamy na jej rządy, jej niesłychaną potrzebę obejrzenia każdego pasażera, wagonu i każdej śrubki. Mieliśmy szczęście – jechaliśmy w przedziale jedynie ze starszą, wyrozumiałą panią, której wnuczek akurat wszedł w ten sam etap rozwoju.
Nie mogłam spać, kołysanie wagonu pogarszało sytuację zamiast ją ułatwić. Przyglądałam się zmyślnemu rusztowaniu, dzięki któremu sześć ludzi po trzech w rządku może spać upchniętych jak sardynki w puszce. I że podobne rozwiązanie, identyczny komfort podróży proponują wszystkie kuszetkowe pociągi na świecie. Różnice są minimalne, finezyjne: inny kolor zasłon, inna faktura materiału, znak obcych linii kolejowych wybity na poszewce poduszki. Standard, ograniczający, unifikujący schemat, jednakże wypracowany wieloletnim doświadczeniem.
Po kilkunastu godzinach podróży świat oglądany za oknem tępieje, traci kontury i wyraz. Przesuwają się domy, samochody oczekujące na podniesienie szlabanu, światła latarni pojawiające się najpierw punkcikami, gdzieniegdzie, potem zlewające się w coraz większą chmarę, by wybuchnąć w mgławicę miejskich latarni, a potem stopniowo zniknąć, nie wzbudzają emocji. Miasto X albo Y albo Z. Nie nasze, nie cel.

Dworzec kolejowy i lotnisko we Frankfurcie. Potęga myśli niemieckiej, zaprzęgającej technikę w służbie pasażerom. Przebogata ilość platform, dźwigów, wind, ruchomych schodów, ruchomych kładek, wózków do bagaży. Sprawiająca ulgę świadomość, że dzięki tym urządzeniom, choć przez chwilę można puścić walizki i skupić się na trzymaniu maleńkiej rączki Olgi lub na manewrowaniu jej dziecięcym wózkiem.
Bez słowa dzielimy się rolami, bardzo pierwotnie – Leszek, przywódca stada, sprawdza kierunki, wybiera drogę i niesie cięższe rzeczy, za nim podążam ja, kurczowo trzymając dziecko, nie zadając pytań i skupiając się na mniejszych pakunkach. Wszystko sprawnie i w tempie, jest wieczór, ciemno, chociaż nie widzimy czarnego nieba – pogrążeni w mroku korytarzy, w labiryncie przejść, musimy iść prawidłową drogą, by zdążyć na czas. Jesteśmy tutaj pierwszy raz i ogrom lotniska poraża, drżę na myśl, co stanie się, jeśli odwrócę głowę, a Olga swoim zwyczajem pobiegnie radośnie przed siebie i zniknie w tłumie. Bo zewsząd otacza nas mrowisko, chmara postaci z walizkami, gnająca ku swemu przeznaczeniu.
Mijają nas tłumy ludzi, kolory skóry lśnią pełną gamą, zdania wypowiedziane w obcych językach przypływają i odpływają. Co chwilę inna para rąk ląduje na głowie naszej córeczki przekazując nieme pozdrowienie, należy użyć innego kodu językowego, by podziękować i poprosić o przejście. Oczywiście jeździmy windami i schodami ruchomymi w górę i w dół, przyspieszamy kroku na ruchomych chodnikach i pijemy napoje w puszkach z automatu. Zastanawiam się, czy potrafilibyśmy podróżować bez tych ułatwień i jak mizernie prezentuje się na tym tle kilka ruchomych schodów na Dworcu Centralnym w Warszawie, którymi kiedyś, w dzieciństwie, przejażdżka stanowiła główną atrakcję pobytu w stolicy.
I wreszcie odnajdujemy swój terminal, właściwą stację. Tyle razy uczyłam się angielskich nazw poszczególnych etapów odprawy naziemnej pasażerów, a jednak czuję się zdezorientowana i zagubiona, chociaż wszystko idzie sprawnie i wykonuję właściwe polecenia. Nie mogę dać poznać po sobie chwili zwątpienia lub podświadomego strachu, że oko kamery wykryje w bagażu coś niewłaściwego, mimo że doskonale wiem, iż wszystko jest w porządku – patrzą na mnie uważne oczy Olgi, oczy które natychmiast wychwytują mój aktualny nastrój. Tulę ją, całuję i zapewniam, że jest dobrze, ale gdy siadamy z ulgą przy stoliku w poczekalni, zawór puszcza i mała gotuje nam protest o wiele trudniejszy do opanowania niż znalezienie terminalu.

Nie wiem, jakim samolotem lecimy. Na pewno Boeingiem 737 i to brzmi dumnie. Ale jak wygląda ów Boeining? Prowadzone posłusznie stado podróżne wkracza do samolotu specjalnym korytarzem, „rękawem” przystawianym do drzwi samolotu, dlatego nic nie widzi. Idę, idę, idę korytarzem tuż obok męża niosąc dziecko i naraz wita mnie służbowy uśmiech umundurowanej stewardesy. Już jesteśmy w środku, oczekiwałam zmiany wysokości, choć jednego schodka, podestu, ale nic takiego nie nastąpiło, po prostu jeden korytarz przekształcił się w inny, a ten w pomieszczenie economy class – tu mamy miejsca, stewardesa uprzejmie pokazuje, gdzie usiąść i przygląda się, trochę nieufnie, maleństwu.

Oszałamia mnie tempo, zmiany, które dzieją się już, natychmiast, bez chwili wytchnienia. Żadnych łagodniejszych przejść bądź czasu na wewnętrzne przygotowanie się na zmianę. Żadnej próby dostosowania się, znalezienia najlepszego sposobu. Już – i działam w najlepszy, właściwy sposób, bez momentu zastanowienia, ad hoc. To, co kiedyś wydawało się nieosiągalne i w sferze marzeń dzieje się realnie, a ja poruszam się zgodnie z układem trybików. Czy jest to kwestia maksymalnej koncentracji i napięcia nerwów czy opanowanej do perfekcji przez linie lotnicze sztuki bezkolizyjnego i błyskawicznego rozlokowywania podróżnych? Zapewne wypadkową wielu możliwości.

Jestem pasażerem samolotu, który ma taki i taki numer siedzenia. Siedzę obok męża wycierającego chustką spoconą ze zdenerwowania twarz, na moich kolanach leży główka śpiącej Olgi. Tak, jak inni schowaliśmy podręczny bagaż w plastikowym pojemnym luku. Lecimy nad Atlantykiem. Wierzę parametrom wyświetlanym na zawieszonych pod sufitem ekranach małych telewizorków. Pokazują wysokość, prędkość, temperaturę powietrza na zewnątrz oraz mapę przedstawiającą kontury Europy i Ameryki, i linię, według której się poruszamy. Kontrolny punkcik zmienia co jakiś czas położenie. Według jego wskazań lecimy spokojnie nad ogromną powierzchnią oceanu.
Jestem pasażerem i jestem taka sama, jak inni. Starzy, młodzi, dzieci. Biali, czarni, żółci. Kobiety, mężczyźni. Zebrani w jednym pomieszczeniu, skazani na dwunastogodzinne sąsiedztwo, dwunastogodzinne życie ze sobą. Dwunastogodzinną wspólnotę. Żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo i maksymalny komfort podróży musimy stosować się do poleceń załogi, wobec tego wykonujemy te same gesty, w tym samym czasie. Zapinamy pasy. Odpinamy. Zgodnie z instrukcją przyglądamy się wariantom zachowania w domniemanym momencie awarii.
Ale jest coś jeszcze w naszych jednakowych zachowaniach. Zostawieni sami sobie, wykonawszy prawidłowo wszelkie polecenia, nadal zachowujemy się w podobny sposób. Nakładamy rozdane przez stewardesy plastikowe słuchawki na uszy. Sprawdzamy, czy działają połączenia, czy można naprawdę! w samolocie słuchać radia. To samo przejęcie i frajdę z nieoczekiwanej zabawki widzę na twarzach sąsiadów. Rozkładamy na części miniaturową szczoteczkę do zębów i pastę wręczaną przez stewardesy. Z uznaniem patrzymy na roznoszone identyczne koce i maleńkie poduszeczki. Dzieciaki oglądają podarowane im przez linię lotniczą drobne prezenty.
Pierwsze zapoznanie z samolotem nie trwa długo. Stewardesy dają sygnał, by zapiąć pasy. Wyraźnie pokazują, w jakiej kolejności należy wykonać poszczególne etapy. Gotowe. Samolot rozpędza się, pędzi, pędzi, wyczuwam w powietrzu przyspieszony rytm serc, podekscytowanie, dochodzenie do kulminacji, szczytu, oderwania kół, zawieszeniu w powietrzu i znalezienia się w innej przestrzeni. Samolot pnie się w górę, ziemia oddala się i niespodziewanie pojawia się pewna tęsknota, by wrócić, by dotknąć ziemi, złagodzona świadomością, że jest to krótka, mała rozłąka. Tuż po starcie panuje pewien marazm, tak jakby każdy starał się przetrawić w spokoju dopiero co odczuwane emocje. Samolot dość długo wznosi się i wznosi, na monitorach prawdziwa gmatwanina ciągle zmieniających się cyfr. I gdy samolot znajduje odpowiednią wysokość, leci płasko, jakby po gładkim stole, następuje chwila ciszy, odprężenia, oddechu. Już. Po wszystkim. Lecimy.

Ożywienie wraca z zapachem jedzenia. Posiłek. Steward pcha wózek korytarzem miedzy siedzeniami, wymienia kilka możliwości daniowych, konstruuje pasażerowi zgrabną tackę. Błysk w oczach, co też się dostało w plastikowych pojemniczkach i jak w tak małej powierzchni można zmieścić tyle jedzenia! Rozmowy cichną przesuwając się falą. Tam gdzie cicho – jedzą. Tam, gdzie głośniej – obserwują jedzących zastanawiając się, co podano. Jedzą w każdy możliwy sposób; dostojnie, ze spokojem, łapczywie i chciwie, sprawnie i ze znawstwem dobierając się do pojemniczków albo niezdarnie odkrywając wieczka. Widzę wokół siebie każdy rodzaj, sposób jedzenia. Jeszcze tylko sprzątanie, stewardesa zabiera tacki i wreszcie przychodzi pora snu, silniki buczą miarowo, samolot leci jednostajnie, zmęczenie daje znać o sobie. Więc układamy się do snu bokiem, odchylając fotel lub przeciwnie – jakby kurcząc się w sobie. Co sprytniejsi lub bardziej doświadczeni zakładają na szyję nadmuchiwane kołnierze, żeby spać w miarę znośnie. Prawdziwi weterani nakładają czarne, przylegające do twarzy okulary. Dzieci kładą główki na kolana rodziców. Mało miejsca i niewygodnie. Obsługa gasi światła, włącza słabe światełka nocne. Samolot tonie w półmroku. Stłoczone ciała oddychają miarowo.

Przychodzi mi na myśl społeczność ludzi pierwotnych, żyjących razem, w gromadzie, w bezpiecznej jaskini. Warunki przetrwania wymagały podporządkowania się, wyrobienia przez grupę surowego regulaminu zachowań. Tak samo jest w samolocie. Tworzymy, chcąc nie chcąc, pewna wspólnotę, wspólnotę interesu i zachowań. Siedząc ciasno upchnięta w swoim fotelu, obserwując poczynania współtowarzyszy podróży, wyraźnie odczuwam przynależność do jednolitej rodziny człowieczej. Niespodziewanie rozumiem mądrość życia naszych przodków w tamtej pierwotnej jaskini.

Pobudka przychodzi dużo wcześniej niż normalnie. Zdrętwiały korpus odmawia posłuszeństwa i szybciej wraca do rzeczywistości. Za oknem wschodzi słońce, lecimy nad wielkim, białym dywanem z chmur ułożonych pod nami. Czerwień promieni słonecznych nadaje chmurom rdzawy połysk. Słońce zdaje się być jedynym panem tego królestwa. Tu nic nie jest żywe, a raczej jawi się jakby utkane z kosmicznej materii. Próżno szukać ptaków, próżno nadsłuchiwać odgłosów życia. Cisza. Widok nieziemski, zbyt piękny, zbyt harmonijny. Zawieszona wieczność. Nie mogę oderwać oczu od plastikowej szybki. Maleńka szybka odgradza mnie od iskrzącego, niebiańskiego, doskonałego świata. Patrzę na parametry na monitorze. Minus 44 stopnie. Niebiański, zewnętrzny świat zabiłby mnie w ciągu sekundy.

Tymczasem nasza latająca jaskinia drgnęła i zaczyna się poruszać. Ludzie wyciągają ręce przeciągając się w każdy możliwy sposób, w górę, w dół, w bok, tak jak starcza miejsca, dzieciaki robią to energiczniej, ich wypoczęte ciałka, ułożone w przepastnych, dużo większych fotelach nie odczuły niewygody nocy. Kobiety wyciągają szczotki, grzebienie, czeszą włosy, wygładzają ubrania. Usiłują zaprowadzić porządek w należącym do ich rodziny dwóch metrach kwadratowych miejsca. Składają koce, porządkują bagaż podręczny, przywołują dzieciaki do porządku.
Dzieciaki na nowo oglądają wręczone im wczoraj prezenty, radośnie wyciągają miniaturowe szczoteczki i pędzą w stronę toalety. Przed toaletą stoi już spory tłumek. Niewyspani, wymięci, zmęczeni i jakby zniechęceni dorośli, odliczający godziny do lądowania i marzący o wygodnym łóżku i swojej, prywatnej łazience plus gromada dzieci pragnących by lot trwał jak najdłużej i jak najwięcej się działo, więc przepychają się rozglądając za swoimi rówieśnikami i nie bacząc na barierę językową zawierają nowe znajomości.
Dorośli uprzejmie wymieniają pozdrowienia i marzą, by kolejka do toalety minęła jak najszybciej. Co chwilę kierują wzrok na monitor i sprawdzają aktualne położenie samolotu. Myślami są już w pracy lub domu, układając podświadomie harmonogram dnia. Mężczyźni przeglądają bieżącą prasę, ukryci za płachtami białego papieru zostawiają kobietom poranną krzątaninę. Rozglądamy się za stewardesami, które przyniosą śniadanie. Co bardziej niecierpliwi pochłaniają własne zapasy, a dzieciaki zajadają się słodyczami. Więc gdy pojawia się steward i jego dopasowany do szerokości korytarzyka wózek, rozmowy cichną i nawet łazienka przestaje być ważna. Steward rozdaje miniaturowy posiłek i tak, jak wczoraj wszyscy wyczekują na swoją kolejkę, zastanawiając się, co też ukryto w plastikowych pojemniczkach. Stewardesa ze służbową uprzejmością wypytuje o rodzaj napitku, zestawy dań lądują na odblokowanych tackach. Konsumpcja znowu wywołuje przesuwającą się falę ciszy.

Samolot zniżał lot stopniowo, delikatnie, a mimo to zmiany wysokości powodowały nieprzyjemne zatykanie uszu. Z nosem przy szybce obserwowałam zmiany krajobrazu, niebieską wijącą się rzekę i coraz więcej zabudowań. Pod nami rozwijało się miasto, powiększało, składało z coraz więcej elementów. Świeciło słońce, samolot przechylał się, kładł na jednym, to na drugim skrzydle. Olgunia odbierała tę karuzelę, huśtawkę z zachwytem.
Pospiesznie zapinaliśmy pasy, stewardesy sprawdzały, czy pasażerowie zamontowali je poprawnie, przez głowę przemknęła myśl, co będzie, jeśli się nie uda, ale już samolot to podskakiwał, to wznosił się na tafli pasa startowego. Świat zwalniał, stopniowo nieruchomiał i w końcu zatrzymał się. I wtedy, spontanicznie, zabrzmiały oklaski. Klaskaliśmy dziękując pilotom i załodze za szczęśliwy przelot, za dowiezienie do miejsca przeznaczenia. Biali, czarni, starzy, młodzi, kobiety, mężczyźni klaskali czując ulgę stania na ziemi, dotykania stałego gruntu. Czując radość z powrotu do stanu normalnego, do zależności od własnych nóg, nie drążków sterowniczych prowadzonych nawet przez najlepszych pilotów. Przy wyjściu wymieniliśmy ukłon z kapitanem rejsu, a stewardesa czule pożegnała się z naszą córeczką. Korytarzem przeszliśmy do hali lotniska. Dolecieliśmy do Asunción.