Reportaże

 

Fuerza Paraguay

Paragwaj jest krajem biednym. Biednym nieładnie, nieefektownie. To nie społeczeństwo umierające z głodu ratowane dzięki konwojom pomocy z zewnątrz. To nie ludzie koczujący w obozach dla uchodźców, których domy zburzono w czasie wojny. Nic drastycznego, szokującego. Nie ma tu dziennikarzy, fotoreporterów i ekip telewizyjnych. Paragwaj jest biedny biedą szarą, ledwo-ledwo, biedą bardzo niskich zarobków, ale jednak wystarczających by jakoś się utrzymać, przetrwać do następnego miesiąca, rozpaczliwie związać koniec z końcem, o ile ma się pracę.
Zulma zarabiała 450 tysięcy guarani miesięcznie. W przeliczeniu na złotówki daje to 450 złotych. Ceny, w porównaniu do polskich, kształtują się w relacji 1:1. Zulma ma bardzo dobrą pracę, stałą, legalną, a zarobki wyższe niż przeciętna służąca. Do tego wikt i opierunek za darmo – mówił Ricardo. Nigdy nie widziałam, żeby Zulma narzekała na swoją płacę i pracę; nawet w chwilach największego zmęczenia nie wydobyła z siebie słowa skargi. Czy 450 tysięcy guarani to dużo, czy mało? Czy wystarcza na ledwo przeciętną egzystencję, czy złapała Pana Boga za nogi?

Z biedą stykałam się wszędzie – w markecie na zmęczonych twarzach kilkunastoletnich chłopaków pakujących za groszowe napiwki zjeżdżające z taśmy zakupy w plastikowe worki; w mercado, w tłumie sprzedawców kilku par skarpet, paczek ziół, sznurowadeł, czegokolwiek; w gromadzie dzieciaków żebrzących natarczywie o praktycznie bezwartościowe monety lub próbujących wcisnąć jakieś słodycze, jakiś produkt licząc na litość. W chmarze sprzedawców ręczników, poduszek, kabli i innych zadziwiających artykułów oblepiającej co większe skrzyżowania i defilującej z towarem wzdłuż stojących na światłach samochodów. To nie był dylemat – kupić, dać, wrzucić. Ale problem głębszy – na ile podtrzymam, dając pieniądze, życie dziecka z ulicy, z jej brudu i wynaturzenia? Patrzę w błagalne, zawodowo błagalne oczy malca wpijające się w moją twarz i pytam, czy ma rodzeństwo? Tak, ośmioro – odpowiada mały ciesząc sie, że zatrzymałam na nim wzrok i być może coś użebrze. Czy dając jemu pomogę jego braciom? Czy zmobilizuje ich to do pójścia do szkoły? Czy przeciwnie – utwierdzi w przekonaniu, że ulica go wyżywi. Czy ten malec wychowany przez ojca, który też był wychowany w ten sam sposób rozumie ile jest warta edukacja? Ma szansę zrozumieć? Ale przecież każdy dostaję szansę w życiu. Często tylko jedną i może właśnie moje wahanie jest tą szansą? Z drugiej strony czy decydowanie o daniu lub nie stawia mnie w pozycji kogoś wyższego, pseudoboga? W czasie mojego wahania, wewnętrznej rozterki, malec biegł do następnej osoby. Zbyt dużo ludzi trzeba prosić o wsparcie, by w ogóle coś użebrać, dlatego nie mógł tracić czasu, chociaż gringo, do tego kobietę potencjalnie łatwiej można było naciągnąć. Czy, z kolei, kupując od mężczyzny kilka drobiazgów pomogę jego kilkorgu dzieciom? Czy po prostu dam mu na tutejszą wódkę? Mnóstwo nierozwiązywalnych pytań cisnących się w kilka sekund do rozpalonej słońcem głowy.
Mimo to dość często dawałam napiwki, natomiast chłopakom w supermarkecie dawałam napiwki zawsze. Myślę, że mnie lubili – miałam nawet stałego pakowacza, który namierzał mnie wzrokiem i czatował, aby spakować moje zakupy. Dawałam mu więcej guarani niż przeciętnie nie dlatego, że mnie wyróżniał, lubił i starał się być sympatyczny. Na serdecznym palcu prawej ręki nosił złotą obrączkę.

Asunsjońskie slumsy to nie wielohektarowe dzielnice brazylijskich slumsów. Nie da rady zrobić efektownego ujęcia z lotu ptaka, kamera nie będzie mieć odpowiedniej perspektywy. Jest to miasto, dzielnica, raczej osada zbudowana z odpadów – starych cegieł, belek, kawałów tektury, blachy; maleńka wioseczka przycupnięta tuż obok Pałacu prezydenckiego i Parlamentu. To jedno jest dziwne, nierealne i jakby z abstrakcyjnego snu – niekolizyjne sąsiedztwo slumsów z najważniejszymi dla kraju budynkami. Ewidentny, palący dowód niemocy i choroby państwa, na który patrzą spokojnie z okien parlamentarzyści.
W osadzie nie ma czego pokazać. Składają się na nią mniej lub bardziej zdezelowane szopy pozbawione kanalizacji, ale za to pełne dzieciaków, sznury prania rozpięte między pseudo dachami, wystający z ziemi kran, do którego po wodę przychodzą z wiadrami, miskami mieszkańcy. Jest kolorowy element – balony, kolorowe żarówki na drutach – w tym miejscu osada ma nawet własną knajpę, a trochę dalej własne, wysypane żółtym piaskiem boisko do siatkówki. W tle rzeka, dalej zielone pola Argentyny, ciągnące się długim, mało zaludnionym pasmem, tuż przy brzegu, na trawie tkwi rdzewiejący stary okręt wojenny, a za nim zakotwiczony w wodzie prawdziwy, sprawny, gotowy do wojny. Nic spektakularnego, nic porażającego. Ekipa polskiej telewizji, która kiedyś pojawiła się w Paragwaju i zrobiła półgodzinny film o tym państwie, zaczęła efektownie - od pokazania tego miejsca biedy. Ale starczyło jej zaledwie na kilka minut filmu, na kilka jednakowych ujęć – ogólne ujęcie pseudo – uliczki w kartonowej wioseczce, następne ujęcie – bawiące się czym popadnie brudne dzieci – następne ujęcie – wypowiedź pracującego wśród ubogich polskiego misjonarza. Nic więcej, temat wyczerpany.
Zastanawiałam się, czy pójść i zobaczyć biedę slumsów z bliska. Zobaczyć brak kanalizacji, walające się butelki po alkoholach, zostać otoczoną przez gromadę głodnych jedzenia i monet dzieciaków. Nie poszłam, nie było po co. W biedzie nie ma nic atrakcyjnego, nic ciekawego. Jest wielkim nieszczęściem, także wtedy, gdy ludzie cierpiący biedę z pokolenia na pokolenie nie uświadamiają sobie tego. Nie poszłam, tak jak nie poszłam zobaczyć modnych, ekskluzywnych klubów w Asunción. Ten świat także nie było trudno sobie wyobrazić.

Kontrast jest zastanawiająco drastyczny – oddzielony od slumsów jedną, wąską, asfaltową uliczką tryumfuje nad okolicą biały Pałac Prezydencki. Pałac pełni obecnie rolę siedziby prezydenta i rządu Republiki Paragwaju. Jest wielką dumą Paragwajczyków - zbudowanie tak ogromnej i okazałej budowli w tak gorącym klimacie, to nie lada wyczyn. Pałac jest starannie ozdobiony - są w nim kolumny, są rzędy okien, są kunsztowne gzymsy i wnęki, a także balkony. Okolica Pałacu jest perfekcyjnie utrzymana, trawa zraszana i przycinana, a olbrzymi klomb kwiatów odpowiednio zadbany. Obecnie przed Pałacem powiewa gigantycznych rozmiarów rozwieszona na wysokim maszcie paragwajska flaga.
Któregoś dnia chcieliśmy pójść dalej, zejść w stronę rzeki i zobaczyć Pałac z tej perspektywy. Powstrzymał nas ostry krzyk żołnierza pełniącego wartę w pełnym uzbrojeniu na balkonie Pałacu. Oprócz jego krzyku dochodziły jeszcze inne okrzyki – W slumsach rozgrywano mecz siatkówki. Ten harmider nie przeszkadzał. To sąsiedztwo pięknego Pałacu prezydenckiego będącego dumą i chlubą Paragwajczyków ze slumsami jest dla mnie oznaką najwyższej demokracji. Ludzie, którzy z powodu biedy mieszkają w slumsach są niejako nobilitowani przez tą niezwykłą "pałacową" bliskość, a politycy paragwajscy nie tracą z oczu najbardziej palących problemów społeczeństwa. Jest to jakby dowód, że nie ma "lepszych" lub "gorszych" Paragwajczyków w tym wspaniałym kraju.
Pałac króluje nad otoczeniem, trochę dalej wznosi się XVII wieczny, barokowy kościół – najcenniejszy zabytek paragwajski, tuż obok niego budynek parlamentu. Nie budowano więcej, nie było kiedy, nie było komu, nie było za co. Paragwaj wykrwawiał sie w kolejnych wojnach, często nieracjonalnych, niezrozumiałych dla przybysza z zewnątrz, ale koniecznych dla utrzymania niepodległości. My, Polacy, odwiecznie przeciwstawiający się Niemcom i Rosji rozumiemy rozpaczliwe próby Paragwajczyków utrzymania niepodległości wynikające z nieszczęśliwego położenia geograficznego miedzy potężnymi sąsiadami - Brazylią i Argentyną. Rozumiemy porywanie się na heroiczną, często wręcz świadomie samobójczą walkę. Ale już amerykańska encyklopedia interpretuje sprawę inaczej. Czytam w niej:
To prawda, oprócz fatalnego położenia geograficznego, braku dostępu do morza, połowa kraju to nieużytki Chaco, nie miał też Paragwaj szczęścia do przywódców często będących ofiarą własnych szaleńczych wizji, tragicznie wyniszczających kraj.

Manifestacja już trwała, kiedy przybyliśmy. Nie spóźniliśmy się wiele, przybyliśmy na Plaza Uruguaya o 23.00, ludzie musieli zgromadzić się niedawno, wyczekawszy na chłodniejszą godzinę. Ponad głowami tłumu powiewały czerwono-biało-niebieskie flagi. Flagi – płachty, szerokie chorągwie dumnie i wolno przesuwające się w powietrzu, średnie flagi zatknięte na kilku związanych taśmą klejącą patykach lub po prostu na parasolu, małe chorągiewki, którymi wymachiwały dzieci posadzone na tatusiowych ramionach i wreszcie przepaski na czoło w barwach Paragwaju i malunki na twarzach w narodowych barwach. Flagi podrywały się w górę i opadały, zgodnie z rytmiką przemówienia, jakie wygłaszał kolejny mówca. Mówca krzyczał do mikrofonu – aplauz tłumu, flagi w górę – mówca kontynuuje mowę, mówi, mówi, mówi, rozpędza się, crescendo, zasadnicze zdanie, okrzyk gniewu wsparty zaciśniętą pięścią podniesioną w górę – i znowu banderas wbijają się w czarne, nocne niebo. Po mówcy na trybunę wszedł pieśniarz, grał na gitarze, tłum podchwytywał melodie. Pieśniarz rozpaczał, wylewnie opiewając dramat i cierpienie. Gdy skończył, aby jeszcze bardziej podgrzać atmosferę zabrzmiała żywiołowa pieśń, po reakcji sądząc szczególnie ukochana przez Paragwajczyków. Śpiewali wszyscy ciesząc się wesołą, skoczną piosenką, którą w pierwszej chwili wzięliśmy za hymn Paragwaju. Nie był to jednak hymn, ale ludowa pieśń zakorzeniona w tradycji – Patria querida.
Kupiliśmy flagę od wędrującego sprzedawcy, jednego z wielu, który akurat handlował flagami. Ale byli też znajomi sprzedawcy autobusowi z tekturowymi pudłami z papierosami, gumami do żucia, napojami, byli sprzedający farby do pomalowania sobie twarzy i sprzedawcy gumowych, dmuchanych młotków. Taki młotek można nadmuchać i wysoko nim potrząsać ponad głowami, by zademonstrować, co zrobi się z prześladowcą albo wrogiem demokracji. Oprócz nich kręciła się gromada dzieciaków ze slumsów, próbująca opchnąć cokolwiek, choćby kilka cukierków. Dla nich to zgromadzenie było przede wszystkim szansą zarobku. Wmieszaliśmy się w gromadę. Tłum falował, kręcił się, wykonywał mnóstwo ruchów – kobiety ściskały znajome, mężczyźni podawali sobie ręce. Wszystko po to, by pokazać, że też jesteśmy, przyszliśmy i chodzi nam o to samo. Marsz zorganizowany jest w obronie paragwajskiej demokracji – tyle wiedzieliśmy. Przyszliśmy poprzeć młodą demokrację i napatrzeć się, nasycić entuzjazmem Paragwajczyków, którzy przykładają do manifestacji szczególną wagę, uważnie słuchają nawet długiej, długaśnej listy organizacji, jakie popierają zgromadzenie. Mówcy zmieniają się, każdy przemawia płomiennie, gestykulując i robiąc efektowne pauzy, każde przemówienie kończy się listą partii, stowarzyszeń, kółek. Są i feministki, i emancypantki, i kiedy zaczyna robić się nudno nagle pojawia się znajoma piosenka, Patria querida, tłum reaguje entuzjastycznie, podnosi w górę flagi, tupie, śpiewa i cieszy się najszczerzej jak potrafi.

Krystyna powiedziała nam, że ma to być marsz. Apolityczny. Dla każdego. Więc, gdy przy scenie zakończono przemówienia, odśpiewano Patrię queridę, poderwano w górę flagi, zaczął formować się, dość niemrawo, pochód. Ale niespodziewanie do mikrofonu podbiega mała dziewczynka i dźwięki Patrii queridy śpiewane mocnym, dziecięcym głosikiem pomagają sprawnie sie ustawić. Idziemy w tłumie – ja niosę przewieszoną przez ramię flagę, Leszek posadził senną Olgutę na ramionach. Stanowimy nie lada gratkę dla telewizji – kamerzysta przez kilka minut mierzy kamerą w nasze widoczne nawet w nocy białe twarze. Tłum klaszcze rytmicznie, początek podaje oklaski środkowi, środek tyłowi, tył środkowi i tak w kółko. Znowu żywiołowa Patria querida śpiewana a capella przez wszystkich, czyli przez maluchy, których mało (późna pora), młodzież, której dużo (a ileż młodych dziewcząt w ciąży!), ludzi w średnim wieku, a nawet zakonnice. W chwili, kiedy zapał zdaje sie gasnąć, wysoki, siwy mężczyzna skanduje mocnym, donośnym głosem – oj, oj, oj i tłum odpowiada – oj, oj, oj, ktoś z tyłu gwiżdże w specyficznym rytmie – tłum odpowiada odpowiednio klaszcząc. Ponad naszymi głowami zawieszone w poprzek ulicy transparenty z hasłami: JESTEŚMY PRZECIW KORUPCJI, czy SPRAWIEDLIWOŚĆ DLA WSZYSTKICH. Po drodze jeszcze świeże graffiti, dopiero co namalowane na murach groźby i wyzwiska. Przemarsz jest krótki – już dochodzimy do głównego placu zwieńczonego różowym budynkiem Parlamentu i chłopaki przed nami, którzy nieśli dumnie transparent DO WOJSKA - NIGDY biedzą się, jak ustawić się, by ich protest był najbardziej widoczny dla trybuny umieszczonej gdzieś z przodu, tuż obok gmachu, ledwo widocznej z naszej pozycji w gąszczu flag i innych transparentów. Pomagające im brzydkie dziewczęta (fenomen), które w trakcie marszu rozdawały ulotki przeciwko wojsku wyszukują dogodne miejsce. Orkiestra dęta gra hymn Paragwaju, jednak nie tak ładny i nie tak ukochany, jak Patria querida.

Trzeba znaleźć dobre miejsce – stać na trawie nie można – jest nasiąknięta tropikalnym, ciepłym deszczem, stopy zapadają się jak w bagno. Nie warto też stawać kawałek dalej, obok chudego señora, który na ruszcie smaży szaszłyki i parówki, bo dym gryzie w oczy. Powoli sytuacja stabilizuje się, stoimy pośrednio – trochę w błocie, trochę narażeni na gryzący dym. Chłopaki protestujący przeciwko wojsku też znaleźli dogodne miejsce.
Czekamy na mówcę. Czerwona trybuna oświetlona kolorowymi reflektorami jest znacznie okazalsza niż ta w prologu marszu. Na scenie dużo ludzi, dziennikarzy z kamerami, mówców przemawiających w znajomy sposób – bardzo głośno, krzycząc, robiąc efektowne pauzy, stosując zawieszenia głosu, wymachując dobitnie rękoma i stopniowo tracąc głos od wrzasku do mikrofonu. To nie Europa stonowanych emocji, to szaleństwo ciepłego klimatu; tak wyraża się temperament Paragwajczyków, którzy na plakatach wyborczych piszą: Argaña – pozostaniesz w sercu swojego ludu. (polityk, który zresztą nie ma zbyt czystego sumienia). Zastanawiam się, dla którego polityka Polacy ułożyliby podobne hasło? Czy nie zabrzmiałoby ono zbyt patetycznie, zbyt ckliwie? Tutaj nie ma w nim nic szczególnego.
Następny. I następny mówca. Lista organizacji. Wrzenie tłumu. Zmiana w przemówieniu, mówca wymawia nazwisko – tłum podrywa się krzycząc Vive! Kolejne nazwisko – tak samo: Vive! I dalej. Następne. Siedem razy Vive, Vive, Vive, Vive, Vive, Vive, Vive!!! Zaczynam myśleć, dopiero teraz zaczynam próbować zrozumieć. Dlaczego przed Parlamentem stoją dziwne krzyże, nie pomniki, nie rzeźby, ale zwykłe, żelazne i drewniane krzyże ustawione nie tak dawno, rok temu? Są na nich nazwiska kilku osób, stoją świeże kwiaty. Powoli odkrywamy prawdę – to nie pokojowa manifestacja pro, to demonstracja pamięci wsparta zaangażowaniem, podkreśleniem, że chce się zmiany, czegoś, co im obiecano. Dlatego przyszli – nie żeby popierać demokrację, która już jest nieodwołalnie, ale by potwierdzić, że wiedzą, że nie zgadzają się. Jest w tym porywie coś czystego, świeżego, szlachetnego, spontanicznego – rozglądam się – chociaż manifestacja jest legalna, otacza ją kordon policji, ale kordon ubrany odświętnie, przy pasie munduru policjanci mają przytroczony eleganckie, maleńkie kordziki. Tylko dalej, w cieniu muru widać grupkę funkcjonariuszy odpowiednio uzbrojonych w hełmy i tarcze. Nie chcę mieć skojarzeń, ale one same przychodzą i są na tyle natrętne, że zaczynam się zastanawiać nad drogą ewentualnego odwrotu, bezpiecznego przeciśnięcia się z małym, śpiącym dzieckiem przez panikujący tłum. Przyglądam się uważniej trybunie – do tej chwili język hiszpański cieszył mnie swoją melodyką, teraz wsłuchuję się, próbuję znaleźć kontekst, wskazówkę, zrozumieć.

Nagle ogólny wrzask zakłóca kolejną orację. Tłum poderwał się, kierując flagi w niebo. Pojawia się starszy mężczyzna. Nie jest dobrym mówcą – nie krzyczy, nie wali pięścią, mówi cicho, ale płynnie. Przed nim byli bardziej starający się przypodobać i bardziej czujący nastrój tłumu. Jednak teraz jest cicho, jak makiem zasiał, ludzie starają się nie ominąć ani jednego słowa. Nie przerywać słów okrzykami, nie klaskać. Mówi ktoś o wielkim autorytecie, ktoś ważny i poprzez akceptację Paragwajczyków natychmiast czuję do niego sympatię, sama staram się zrozumieć jego przesłanie. Pojawia się gwizd, huk, atak – zdenerwowany tłum reaguje atakiem na coś niezapowiedzianego, co przerwało wypowiedź. Na scenie pojawił się sie drugi mężczyzna, mężczyzna niepożądany i nie na miejscu. Odbywa się jakiś magiczny dialog, padają słowa: Ja też mam marzenia, ja też chcę dobrze – kto to mówi? Co się dzieje? Nie wiem, w stronę trybuny lecą puszki, butelki. Kontekst całkowicie się zamazuje.

Na scenie pojawia się młodzież i odgrywa spektakl. Z głośników słychać łagodną muzykę, na jej tle lektor czyta wiersz. Długi, brzmiący pięknie otwartością, dobitnością języka hiszpańskiego. Ludzie czekali na taką formę wyrazu, zamarli w skupieniu, wschłuchując się w słowa. Znowu pojawiają się nazwiska pomordowanych. Armando Espinoza. Vive. Cristobal Espinola. Vive. Henry Diaz. Vive. Victor H. Molaz. Vive. Tomas Rojas. Vive. Manfredo Stark. Vive. José Zarza. Vive. Młodzież zapala siedem pochodni.

Po czym wszystko wraca do normy. Teraz wystąpi tutejsza gwiazda, popularna piosenkarka. Przebrnęła przez drobne kłopoty z mikrofonem i śpiewa dobrze znaną piosenkę. Tłum śpiewa wraz z nią, muzyka odpręża, emocje opadają. Można usiąść, można rozejrzeć się za jedzeniem. Teraz nadchodzi czas dla sprzedawców szaszłyków i mężczyzna obok nas krząta się energiczniej. Główna część manifestacji jest już zakończona. Dokonano obrachunku z przeszłością, wyrażono gniew, podkreślono, że się pamięta. Że się będzie pamiętać. Manifestacja powoli przekształca się w festyn. Widać wyraźnie trybunę – większość ludzi po prostu usiadła na trawniku. Odchodzimy, manewrując wózkiem Olguni między demonstrantami. Na ich twarzach błyszczą nadal wyraźne barwy narodowe, zwinięte flagi leżą obok właścicieli. Oddział tutejszego Zomo, oparty o ścianę budynku, zdaje się podrzemywać.

Następnego dnia dokładnie przeczytaliśmy gazety. Przypomnienie faktów. Szczegółowe mapki z zaznaczonymi miejscami, gdzie leżały ciała. Komentarze. Pytania. Wiersze - epitafia.

Krystyna pokazała nam film nagrany na kasecie video. Był to czas Wielkanocy; czas, w którym bardzo tęskniliśmy za Polską i zwyczajami z naszych domów, dlatego zaproszenie szefowej tutejszej Polonii bardzo nas ucieszyło. W jej niezwykłym domu, pełnym artystycznych rzeczy siedzieliśmy syci, napełnieni, błodzy. Na filmie zobaczyliśmy relację z manifestacji. Skrwawione ciało polityka wynoszone na noszach. Snajperzy strzelający do rozbiegającego się we wszystkie strony i spanikowanego tłumu osaczonego na placu. Policja konna wjeżdżającą brutalnie w gromady ludzi, pikująca w tłum, jakby wbijająca się, krusząca ścianę utworzoną z ludzi, armatki z opancerzonych wozów polewające wodą pod ciśnieniem, celujące w skulone sylwetki i z olbrzymią siłą rozpłaszczające je na ziemi. Wozy są obtłuczone, mają obite z nienawiścią dziury w lakierze, dla nich ta akcja z pewnością nie była pierwszą. Chaotyczne strzały posiadaczy pistoletów. Ktoś z demonstrantów, policja? Wyrywanie kamieni z bruku i ciskanie w przeciwnika. Pałowanie. To wszystko dzieje się w błyskawicznym tempie, kamera skacze starając się wyłowić co atrakcyjniejsze momenty. Krew rozbryzgana wśród zieleni palm na oświetlonym żółtymi latarniami placu przed Parlamentem. Krzyki, hałas, bieganina. Siedmiu przypadkowo zabitych uczestników manifestacji. Masakra. Cięcie – pokazuje się studio, a w nim eksperci próbujący coś mówić, tłumaczyć, raczej bez emocji, może wynika to z perspektywy czasu, jaki upłynął od Marca 1999. Krystyna na bieżąco objaśnia zdarzenia, mówi kim był zastrzelony polityk, dlaczego policja zadziałała tak brutalnie, co robi rząd po Paragwajskim Marcu (nic nie robi). Słucham jej objaśnień i jednocześnie koncentruje się na innym doznaniu – ja znam tę sytuację. Doskonale wiem nie z autopsji (dobrze), ale z nieodległej historii, co oznaczają armatki wodne, pałowanie, kamienie wyrywane z bruku. Zmieniła się sceneria, szczegóły, te wbite w czarne niebo podświetlone, obłędnie zielone palmy, ale zachowanie jest to samo – otoczony kordonem plac, ludzie usiłujący skryć sie gdziekolwiek, bezwzględność oprawców, którymi często są bardzo młodzi ludzie. Miguel – zapoznany przez nas Amerykanin, urodzony w Paragwaju, opowiadał nam, jak w czasie manifestacji młody chłopak schowany za maską i potężną tarczą uderzeniem pałą złamał mu rękę. Miguel fotografował się w rocznicę na miejscu wypadku, opowiadał nam o zdarzeniach dużo i obficie, jak to Amerykanin. Mówił do chłopaka - nie rób tego, ja jestem niezwiązany z tą sprawą. Chłopak miał w oczach strach, a w uszach wciąż świeży rozkaz dowódcy. Widziałam to w Polsce. Więc nawet wydarzenie sięgające zenitu emocji, wydarzenia, które zgromadziły na placu tysiące ludzi są schematyczne? Nie muszę słuchać Krysi, by odgadnąć warianty zachowania władz po Paragwajskim Marcu. Warianty są trzy: albo robić dobrze, czyli usunąć przyczynę wypadków, przyczynę społecznego gniewu, co jest trudne, niepopulistyczne, ponieważ wymaga drakońskich reform albo robić źle, czyli całkowicie potępić manifestację, odciąć się i dodatkowo podkręcić śrubę albo nie robić nic, udając lub nie, że coś się robi, co też jest robieniem zła. Wydaje mi się, że wybrano nic. Zorganizowano manifestację w rocznicę masakry. Zorganizowano – ona – w przeciwieństwie do ubiegłorocznego, spontanicznego zgromadzenia - była zorganizowana z góry. Przemawiali oficjalnie nie trybuni ludowi, lecz szefowie legalnych partii i organizacji, nad głowami rozwieszono wymalowane staranną, taką samą czcionką, słuszne hasła. Była scena i była orkiestra dęta oraz hymn narodowy. Był kordon policji ubranej tym razem w galowe mundury, z kordzikami zamiast pał. Kiedy poznałam całość, poznałam pełnię sprawy właśnie ta organizacja z góry wydała mi się żałosna i cyniczna. Paragwaj nadal tonie w korupcji mimo antykorupcyjnych haseł. Sprawcy narodowych nieszczęść unikają więzień. Tylko pamięć, pamięć podkreślana przez zgromadzonych w rocznicę ludzi była czysta i nieudawana. Prawdziwa.

To tak, jakby komuniści obalili komunistów.

Za Stroessnera nie mówiłem, że jestem Polakiem. Każdy siedział w domu cicho. – tak mówił do nas pan Bojarczuk, Polak, przywieziony do Paragwaju jako trzymiesięczne niemowlę w latach trzydziestych ubiegłego stulecia.
Każdy siedział w domu cicho – tak mówił też Pablo Balmaceda i jego żona, Krystyna, kiedy poprosiliśmy, żeby opowiedzieli nam, jak było. Zwłaszcza ich zdanie miało wielką wagę, ponieważ Pablo studiował medycynę w Polsce w latach 80-tych, tak poznał Krystynę, studentkę iberystyki, przyszłą żonę. Mieli skalę porównawczą, uczestniczyli w opozycji Solidarnościowej.
Nie chcieli mówić o Paragwaju. Moje pytania były banalne i nieprzygotowane, ja o tym kraju niewiele wiedziałam. To musiało boleć, zamykać, powodować dawanie banalnych odpowiedzi na źle sformułowane pytania. Jak zdefiniować przeszłość, skoro teraźniejszość wymyka się próbom kontroli i prawom logiki, a w kraju nadal jest biednie i źle? Paragwaj stał się krajem demokratycznym w roku 1989, kiedy generał Rodriguez w wyniku bezkrwawego puczu wojskowego obalił Stroessnera. Dlaczego stało się to akurat wtedy? Stroessner rządził trzydzieści pięć lat, zbudowano dla niego olbrzymi pomnik i jemu udało się wybudować dumę Paragwaju – największą na świecie elektrownię wodną Itaipú. Wydawał się wszechwładny. Kult jednostki przejawiał się w tych samych zachowaniach, co zawsze – zmiany nazw miast – Puerto Stroessner, pomniki itp. Ale się znudził – tak kiedyś powiedziała Krysia. Po prostu zestarzał się i znudził. Znudził się chyba też światu, zwłaszcza Stanom Zjednoczonym, które weszły w czas propagowania demokratyzacji na świecie. To już nie polityka bezwzględnego powstrzymania komunizmu nawet za cenę podtrzymywania u władzy Stroessnera, czy Pinocheta. Nadeszły inne czasy, powiał inny wiatr. Lada moment rozpadnie się Związek Radziecki, a Jan Paweł II odwiedził Paragwaj w 1988 roku, rok przed zmianą władzy.
Generał Rodriguez postąpił nieszablonowo i niezgodnie z naturą dziejów przewrotów - oddał władzę zdobytą nagle i skutecznie. Stroessner, jego wróg i jednocześnie powinowaty, ponieważ jego syn jest żonaty z córką generała – uciekł do Brazylii. Generał postąpił dziwnie – zarządził wolne wybory prezydenta Paragwaju i wycofał się. Może czuł sie zbyt stary, by skutecznie zreformować państwo? Może prawidłowo zinterpretował demokrację jako wybór ludu? W każdym razie nie on jest głównym bohaterem tej historii. Główny aktor nazywa się Lino Oviedo. Co jakiś czas pojawiały się wulgarne w Asunción napisy na murach – Oviedo es puta i następnego dnia znikały. Widziałam list gończy rozlepiany na murach, po którym następnego dnia nie było śladu. Generał Lino Oviedo, głównodowodzący paragwajskiej armii.

Za dyktatury w Paragwaju istniały dwie drogi zrobienia kariery – wojsko, nierówne, słabo zdyscyplinowane i rozpolitykowane i jedyna legalnie działająca partia polityczna – Partido Colorado (ANR) skupiająca przede wszystkim najbogatszych oligarchów, ludzi których stać na działalność polityczną. Przeciętny Paragwajczyk jest zbyt biedny, by angażować się dodatkowo, poza tym nie ma tutaj tradycji socjalistycznych, ruchu od dołu, który powodowałby zmiany. Paragwaj jest cudownie skostniały, jest jakby zamkniętą strukturą, nieruszoną nie tylko przez wojny światowe, ale nawet przez coś w rodzaju rewolucji francuskiej.
W Partido Colorado, a więc w organizacji, która miała jakiś wpływ na życie w Paragwaju zaczyna formować się frakcja opozycyjna, frakcja chcąca zmian, może nie drastycznych, ale czegoś w rodzaju Gorbaczowa, poluzowania. W Partii Colorado, zgodnie z duchem nowych czasów, znajduje się reformator – José María Argaña, wywodzący się ze znanego rodu z tradycjami. Zdołał on skupić wokół siebie zwolenników reform i demokratyzacji w kraju. Niestety, przeciwnicy, beton partyjny i wszyscy pozostali, którzy nie załapali sie do władzy, zwłaszcza najbogatsi, którym zależy na utrzymaniu status quo przyłączają się do generała Lino Oviedy. Jako głównodowodzący armii może liczyć na jej poparcie, chociaż jak sie okaże - nie na całkowite. Powstaje rozbicie na dwie frakcje: arganistów i oviedystów.
Następują wybory prezydenckie. Lino Oviedo wystawia swojego człowieka, człowieka bardzo bogatego, ale jednak znikąd, nie pełniącego dotąd ważniejszych funkcji poza uczestniczeniem w budowie elektrowni Itaipú. Konstytucja paragwajska przewiduje tylko jedną kadencję dla prezydenta i na tę kadencję zostaje wybrany człowiek Oviedy – Wasmosy. Ma być postacią marionetkową, przykrywką dla działań generała. Wasmosy okazuje sie jednak być człowiekiem o silnym charakterze, chcącym reform; przeprowadza między innymi procesy polityczne rozliczające zbrodnie popełnione w czasach Stroessnera. Przeprowadza je niezgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, ponieważ w kampanii obiecywał grubą kreskę, pozostawienie tego okresu w spokoju. Poza tym zwraca się w stronę Arganii, wprowadza ustawy antykorupcyjne. Oviedo czuje, że traci pozycję i przeprowadza pierwszy zamach wojskowy. Nieudany z prostej przyczyny – zgodnie z duchem zmian wymieniono kadrę oficerską. Starych, lojalnych generałów zastąpili nowi, którzy w chwili próby nie opowiedzieli sie całkowicie za swoim przywódcą. Zamach stanu sie nie udaje, nie poparły go najważniejsze jednostki wojskowe – marynarka i lotnictwo. Oviedo trafia do więzienia.
Szybko mija kadencja Wasmosiego i nastaje czas nowych wyborów. Tym razem startuje Argaña. Przeciwko niemu oviedyści wystawiają Raula Cubasa, najbogatszego człowieka w Paragwaju, absolutnie posłusznego. Cubas wygrywa z Arganią mała przewagą głosów. Oviedo triumfuje, tym bardziej, że pierwszym dekretem prezydent Cubas wypuszcza go z więzienia. Jednocześnie pro demokratyczny parlament wybiera jako vice prezydenta Arganię, odbierając Oviedzie całkowite zwycięstwo. W kraju panuje zastój, korupcja, nepotyzm, Oviedo przeprowadza czystki, sytuacja przypomina czasy dyktatury, Paragwaj cofa się, ledwo wiąże koniec z końcem. Władzę sprawują frustraci i miernoty. Jedyna nadzieja w vice prezydencie Argani.
Buntują się studenci. Co czwartek młodzież arganistyczna manifestuje pod Parlamentem przeciwko prezydentowi Cubasowi, a de facto przeciw Oviedzie. Ich manifestacja spotyka się z drugą manifestacją – do Asunción przyjeżdżają chłopi, protestować nie przeciwko komuś, ale przeciwko biedzie. Chłopi nie rozumieją głównych nastrojów, ich protest nie jest politycznie określony. Są zdezorientowani, wielu z nich pierwszy raz przyjechało do miasta. Chłopi przyjeżdżają i rozbijają obóz pod parlamentem, koczują tak przez jakiś czas obserwując przychodzące co czwartek manifestacje studenckie. Tę dezinformację postanawia wykorzystać Oviedo, aby pozbyć się Argani. Wybiera dzień zamachu na vice prezydenta zgodny z dniem protestu rolników. Liczy na chaos, brak konkretnego opowiedzenia się manifestacji chłopskiej, liczy na to, że będzie można kogoś innego obarczyć winą. Vice prezydent José María Argaña wyjeżdża służbowym samochodem. Samochód zostaje zatrzymany i ostrzelany. Ginie Argaña i jego ochrona, przeżył jedynie kierowca.
Argaña to polityk, którego ciało, zbroczone krwią oglądam na filmie w domu Krysi; ciało transportowane na noszach, zbliżenia, wyraźne szczegóły. Mistyfikacja Oviedy nie udaje sie całkowicie, od początku sprawa jest szyta grubymi nićmi. Protestujący, Bogu ducha winni chłopi nadal siedzą pod parlamentem, gdy wpada na nich manifestacja studencka. Zamach wypadł akurat w czwartek. Niespodziewanie okazuje sie, że krzyczących o morderstwie studentów jest więcej niż zwykle, są rozgorączkowani i przerażeni. Zostają brutalnie rozbici przez bojówki Oviedy, gotowe do przejęcia władzy po usunięciu Argani. Chłopi przyglądają się i nie przyłączają do protestu. I tak dzień w dzień. Aż przychodzi noc, kiedy ludzi przychodzi naprawdę dużo. Wtedy chłopi postanawiają się przyłączyć. Bojówki Oviedy masakrują ludzi, ginie siedmiu przypadkowych demonstrantów, ósmy, młody chłopak, który wcześniej zdołał wyleczyć się z raka, umiera później, ponieważ od ran choroba nawraca.
Jest osiem ofiar, osiem bezsensownych śmierci. Akcja całkowicie się nie udaje, na dodatek młodzi oficerowie w armii okazują się być antyoviedystami. Lotnictwo i marynarka zatrzymują nieudany drugi zamach stanu. Za masakrę odpowiedzialni są bojówkarze i ludzie Oviedy w policji. Oviedo ucieka z kraju, razem z nim ucieka prezydent Raul Cubas. Azylu udziela im prezydent Argentyny, Menem, polityk prawicowy, peronista o niezbyt czystym sumieniu. Dlatego kiedy wybory w Argentynie wygrywają socjaliści, pierwszym dekretem pozbywają się Paragwajczyków. I tak Oviedo i Cubas uciekają do Brazylii, gdzie ukrywa się stary Alfredo Stroessner.
W Paragwaju następuje przesilenie – parlament, w nocnej sesji, wybiera pełniącym obowiązki prezydenta dotychczasowego marszałka sejmu – Gonzaleza Macchi. Pozostaje wolne miejsce po charyzmatycznym wiceprezydencie. Kiedy mieszkaliśmy w Paragwaju, obserwowaliśmy kampanię mającą wyłonić nowego wiceprezydenta. Głównym kandydatem był syn zmordowanego, Felix Argaña. Argaña, zostaniesz w sercu swojego ludu – te hasła dotyczyły ojca, nie syna. Młody Argaña mocno podpierał sie tragiczną śmiercią ojca, nad ulicą dr Morquio wisiał transparent z napisem Felix Argaña. Gdy przyjechaliśmy, wydawało nam sie, że jest postrzępiony i stary. Podziurawiony otworami, ale tak by nie zniszczyć napisu nawiązywał do strzelaniny. Argaña dominował – plakaty, ulotki, transparenty, napisy – wszędzie Argaña. Kontrkandydaci – wciąż z tej samej partii – Partii Colorado wyraźnie dysponowali mniejszymi środkami na kampanię.

Paragwaj stanął w roku 1990. Vincent – napotkany przypadkowo razem ze wspomnianym wyżej Amerykaninem francuski fotografik - był wtedy w Polsce i paragwajskie szczęki, stragany, handel uliczny oraz nieustabilizowana sytuacja polityczna bardzo mu przypomina Polskę z tamtych czasów. Ale na tym podobieństwa się kończą. Z punktu widzenia Paragwaju Polska wykonała niesamowity krok naprzód i wykorzystuje swoją szansę. Przy całej biedzie polskiej, często skłóconej demokracji, czy możliwa do wyobrażenia jest taka demonstracja, jak opisałam powyżej? Z przypadkowymi ofiarami śmiertelnymi? Zdaje się to być definitywną przeszłością, koszmarnym wspomnieniem.

Dokąd zmierza Paragwaj tak bardzo podobny do Polski? Bieda trwa nadal. Fransisco Solano Lopez, jeden z paragwajskich prezydentów uważający siebie za Napoleona Ameryki Południowej, dumnie dzierży szablę na spiżowym koniu stojącym na dwóch nogach, z przednimi nogami wyrzuconymi w przód, w pozycji: do ataku. Pomnik stoi obok Parlamentu, Solano Lopez prowadzi swój gwałtowny atak w stronę rzeki wskazując szablą na wioskę slumsów, na pas tekturowych budowli tuż przy jej brzegu.