Reportaże

 

Krystyna

Krystynę Piserę–Balmacedę poznałam dzięki uprzejmości Pana Ryszarda Kapuścińskiego. Natomiast Pana Kapuścińskiego poznałam podczas pisania mojej pracy magisterskiej pt. Trzy wizje dyktatury. Cesarz, Szachinszach, Imperium w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, gdzie studiowałam. Ale nie to jest tematem mojej opowieści. Otóż Pan Kapuściński po naszym spotkaniu w Warszawie dotyczącym jego twórczości, osobowości, po tym jak pokazał mi swoją pracownię zdecydował się powstrzymywać ze mną kontakt i obdarzył mnie swoją sympatią, co traktuję jako wielkie wyróżnienie.

Wiedziałam już, że jadę do Paragwaju. Ale nic nie wiedziałam – poza suchymi, książkowymi relacjami – na temat warunków życia w tym kraju, obyczajów, opieki medycznej itp. Jedyną znaną mi osobą, która mogła udzielić jakichś wyjaśnień był właśnie Kapuściński jako człowiek o olbrzymim doświadczeniu, podróżnik, który zwiedził ponad setkę krajów. Zdecydowałam się skorzystać z posiadanego numeru telefonu i poprosić o radę. Jakaż wielka była moja radość, gdy okazało się, że Pan Kapuściński jest na miejscu, w Warszawie, doradza mi wyjazd twierdząc, że nie będzie żadnych niebezpieczeństw dla mojej rodziny, a zwłaszcza dla mojego malucha, a na dodatek obiecuje dać namiary na Polkę, mieszkającą w Paragwaju na stałe, jego znajomą! Niedługo potem Pan Kapuściński pojawił się w Poznaniu goszcząc na zaproszenie redakcji miejscowego Głosu Wielkopolskiego i na spotkaniu z czytelnikami w Instytucie Zachodnim. Oczywiście byłam na tym spotkaniu i wtedy ten wybitny pisarz potwierdził, że da mi potrzebne namiary, a następnie już z Warszawy, tuż przed naszym wyjazdem podyktował konieczny adres. Pamiętam, że rozmawiałam z nim mocno zakatarzona i zainfekowana przez grypę. Pan Kapuściński pytał, gdzie mamy przesiadkę, powiedziałam, że w Sao Paolo. Dodał, że zmienię klimat i dolegliwości miną jak ręką odjął. Czułam się wtedy podle, pełna obaw przed tak długą podróżą i nie bardzo chciałam mu wierzyć. Ale rzeczywiście – po dojechaniu do Sao Paolo i pierwszym zetknięciu się z tak gorącym klimatem grypa uciekła jak ręką odjął.

Dojechaliśmy – po trzech dniach podróży, z małym dzieckiem do Asunción. Nikt nie witał nas na lotnisku. Nikt się nie pojawił, ale wtedy nie wydawało się to nam dziwne. Rozklekotaną taksówką dotarliśmy na miejsce, gdzie wyszedł po nas Ricardo – i mieliśmy jednak trochę szczęścia – zapłacił za kurs. Ale tutaj skończyła się cała dobroć naszego paragwajskiego gospodarza.
Po dwóch tygodniach wspólnego zamieszkiwania byliśmy wyczerpani psychicznie. Ricardo stosował swoją politykę całkowitej izolacji, a my jako ludzie młodzi chcieliśmy jakiejś odrobiny kontaktu, czegoś w rodzaju nawet nie przyjaźni, ale zwykłej ludzkiej rozmowy. Pamiętałam o kontakcie, który w tej sytuacji był dla nas ratunkiem, kobiecie od Kapuścińskiego, ale coś powstrzymywało mnie, żeby zadzwonić. Może nie chciałam się narzucać, może liczyłam, że na calle dr Morquio jakoś nam się ułoży... Ale po dwóch tygodniach byliśmy tak sparaliżowani atmosferą dziwności, obojętności, ostracyzmu, jaką roztaczał Ricardo razem z Marią José, że zdecydowałam się zadzwonić.
Telefon odebrała kobieta. Natychmiast zaczęła mówić po polsku kiedy zorientowała się z kim ma do czynienia. Natychmiast też umówiła się na spotkanie. Za parę dni? W krótkim czasie.
Bardzo zależało mi na tym spotkaniu. Miałam wiele do stracenia – musiałam powołać się na znajomość z Panem Ryszardem, a więc dobrze wypaść, poza tym musieliśmy utrzymać ten kontakt, ta kobieta była dla nas jedynym ratunkiem przed Ricardem i jego wizją świata. Umówiłyśmy się w poniedziałek, na godzinę 19.00.

Ale tego poniedziałkowego dnia Ricardo wstał około południa. Chodził rozkojarzony po ogrodzie, prowadził jakieś rozmowy telefoniczne kręcąc się z nieodłączną słuchawką przy uchu, jadł, pływał w basenie, wydawał bezsensowne komendy Zulmie i dezorganizował cały dzień. Umówiłam się z mężem, że po całym dniu zajmowania się dzieckiem on przejmie małą o 19.00 wtedy kiedy przyjdzie Pani Krystyna, tak żebym mogła spokojnie porozmawiać, co przy moim maluchu było absolutnie niemożliwe. Tymczasem Ricardo robił wszystko tylko nie zasiadał do pracy, w związku z tym Leszek również nie pracował, obserwował swojego szefa i próbował domyślić się, co może wyniknąć z jego zachowania. Siedział przy komputerze, próbował wykonywać jakieś swoje zadania, ale całkowicie zależny od Ricarda i jego poleceń pozostawał bezsilny, gdy on ignorował go i mu ich nie udzielał. Tak zeszło nam właśnie do 19.00. Wtedy Ricardo – jakby wiedział, przeczuwał że ma nastąpić dla nas coś ważnego, poderwał się i usiadł do pracy. Za nim podreptał mój mąż. A ja – niezgodnie z naszą umową – zostałam nadal z Olgą. Na przyjście nieznanej mi wtedy pani Balmacedy poczyniłam pewne zakupy – kupiłam dorodne winogrona, piękne włoskie (niestety) jabłka, jakieś inne owoce. I czekałam uganiając się za Olgą, którą – szczerze powiedziawszy – powinnam już kłaść spać. Dzwonek do drzwi. Pobiegłam otworzyć. Przy bramie stała wyglądająca młodo kobieta, szatynka z włosami przystrzyżonymi do ramion, z długim kolczykiem zwisającym fantazyjnie z jednego ucha. Obok niej stała dziewięcioletnia dziewczynka o bardzo gęstych, czarnych włosach, w okularkach. Wyglądały bardzo sympatycznie i... normalnie. A właśnie normalności wtedy najbardziej potrzebowaliśmy. Wprowadziłam panie do środka, na werandę, tam gdzie postawiłam owoce. Przedstawiłyśmy się sobie i... tutaj wkroczyło życie. Życie w postaci mojego malucha. Otóż Olga za żadne skarby nie chciała pozostać w jednym miejscu. Śmiejąc się głośno, zataczając się aż od tego śmiechu biegała wkoło stolika, a ja – siłą rzeczy – biegałam za nią. Mała biegała, ubrana tylko w pieluchę i koszulkę, biegała, biegała aż potrąciła stolik i na kamienną posadzkę spadła roztrzaskując się z hukiem w drobny mak szklanka z zimną Colą z lodem. Patrzyłam na te zniszczenia z rozpaczą, było mi wstyd, rzuciłam się, żeby posprzątać. Pani Balmaceda przyglądała się wszystkiemu z wielką sympatią i jak umiała usiłowała mi pomóc. Wiedziałam, że przy Oldze nie mamy szans na spokojną rozmowę, na nic nie mamy szans, że Olga jest zmęczona, że powinna pójść spać, że lada moment zacznie jeszcze bardziej kaprysić – i – coś we mnie pękło. Wzięłam malucha pod pachę, w drugą rękę butelkę, smoczek i weszłam do biura, w którym pracowali mąż i Ricardo. Tam, bez słowa, szybko i gwałtownie położyłam Olgę razem z butelką na biurku przed moim mężem i wyszłam. Zgodnie z umową to on miał się opiekować wieczorem dzieckiem. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie zachowanie Ricarda, jego zmarnowany dzień i chęć pracy jaka naszła go wieczorem. Leszek zaniemówił, zaniemówił też Ricardo. Było gorąco, bardzo gorąco, a mnie po raz pierwszy od przyjazdu poniosły nerwy. Zanosiło się na grubszą awanturę. Wróciłam do Pani Krystyny – bo tak do niej zaczynałam mówić i kontynuowałyśmy dalszą rozmowę. Oczywiście bardzo przepraszałam ją za zachowanie małej, a Pani Krysia wszystko rozumiała – sama miała dwójkę dzieci – dorosłego już syna studenta Pabla, zwanego w rodzinie Pablito i Alę, Alunię, z którą właśnie przyszła do mnie. Leszek wyszedł do mnie na werandę i przyniósł Olgunię z powrotem – mój bunt nic nie dał, musiałam nadal zajmować się dzieckiem, praca była ważniejsza. Ale Olgunia była już spokojniejsza, łagodniejsza, pierwsze szaleństwo już jej minęło i rozmawiając spędziłyśmy ze sobą ponad godzinę siedząc na naszej miłej werandzie. Umówiłyśmy się też na następne spotkanie.

Była to pierwsza osoba, z która rozmawiałam normalnie po dwóch tygodniach pobytu w domu firmy męża zarządzanego przez Ricarda.

Z Krysią Balmacedą miałyśmy już tego pierwszego dnia mnóstwo wspólnych tematów. Przede wszystkim Pan Kapuściński. Okazało się, że Krysia studiowała razem z jego córką, Zofią, iberystykę. Że doskonale zna twórczość Pana Kapuścińskiego. Że pamięta czasy, gdy pomiędzy jednym a drugim wyjazdem pojawiał się w Warszawie, w ich wtedy ciasnym mieszkanku pełnym książek. Rozmawiałyśmy o życiu w Paragwaju, o życiu na emigracji – tutaj Krysia była bardziej powściągliwa. Ale co mogła mi powiedzieć, skoro jej życie upływało właśnie tutaj, bardzo daleko od kraju, a ja byłam zaledwie gościem, przyjezdnym, który tak szybko jak się pojawił, tak szybko wyjedzie? Umówiłyśmy się na następne spotkanie, umówiłyśmy się, że nasze rodziny się poznają i tak skończyła się pierwsza wizyta.
Już po wszystkim przeprosiłam męża za incydent z Olgą i wszystko dokładnie mu opowiedziałam. Przeprosiłam także Ricarda. Leszek bardzo się ucieszył, wyraźnie był wdzięczny, że zdecydowałam się zadzwonić i zaprzyjaźnić z tą kobietą. Ricardo mocno już dał się nam we znaki.

Krysia Balmaceda umówiła się z nami na mieście, w kawiarni Manzana de la Riviera – reprezentacyjnej dla Asunción mieszczącej się w centrum kulturalnym - uratowanych cudem starych domach. Okazało się, że Krysia jest skarbem o jakim marzyliśmy – doskonale zakorzeniona w paragwajskich sprawach, udzielająca się we wszelkich przedsięwzięciach kulturalnych i na dodatek mamy do czynienia z nie byle kim – szefową Polonii paragwajskiej. Polonii, którą sama organizowała od podstaw w trakcie swojego wtedy siedemnastoletniego zamieszkiwania w Paragwaju. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy w owej kawiarni, to plakaty powieszone na ścianie. Plakaty z... polskich filmów. Co tu robią te plakaty? Myślę, że dzięki nim i tak byśmy trafili do Krysi, zapytalibyśmy obsługę i tak trafilibyśmy na Krysię. Okazało się bowiem, że akurat w Café Manzana trwał przegląd filmów Andrzeja Wajdy zorganizowany przez Krysię, na który przyszły... dwie osoby. Aż dwie!!! Zdaje się, że w dniu naszego przyjazdu wyświetlano Krajobraz po bitwie.
Manzana de la Riviera to był właściwie kompleks budynków, starych domów cudem uratowanych przed rozbiórką. Mieściła się w nich kawiarnia, bodaj biblioteka, sale koncertowe i gromadziło się życie kulturalne miasta. Jak się później okazało, w Asunción nie było wiele takich miejsc, a właśnie Manzana de la Riviera ze swoją atmosferą i bliskością sztuki było miejscem wyjątkowym. Kiedyś przyszliśmy oglądać występ grupy folklorystycznej prezentującej ludowe tańce i śpiewy paragwajskie. Wśród widzów zgromadzonych na dziedzińcu było mnóstwo dzieci, dzieci biednych, dzieci biedaków mieszkających w pobliskich slumsach, które również już głęboko w nocy przyszły popatrzeć, co się dzieje, ciekawe – jak to dzieci – wszystkiego. I tutaj zdarzyła nam się śmieszna historia. Dzieci, przyzwyczajone do tego, że na co dzień puszczone są samopas, włóczą się po ulicach i żebrzą lub wszelkimi innymi sposobami próbują wycyganić trochę pieniędzy, zobaczywszy nas, innych, przybyszów o odmiennych twarzach, natychmiast skorzystały z okazji by wysępić trochę grosza. Wołały głośno: Moneda, co brzmiało jak menonici – których małe kolonie można spotkać w głębi Paragwaju. A ponieważ Olgunia ubrana była w specyficzną suknię szytą według starego kroju, można nas było posadzić o przynależność do menonitów. Odpowiedziałam, że nie, menonici nie. Dzieci roześmiały się i powtórzyły słowo, które brzmiało jak menonici. Powtórzyłam jeszcze raz: nie. Dopiero po jakimś czasie wyjaśniło się, że chodzi im o monety i wtedy zostawiliśmy im trochę drobnych pieniążków, praktycznie bez żadnej wartości.
Siedzieliśmy z Krysią w kawiarni, której bez przerwy otwarte okna wychodziły na Pałac prezydencki i zatkniętą dumnie na wielkim drzewcu paragwajską flagę i rozmawialiśmy o życiu w Paragwaju. Na koniec Krysia pokazała nam dziwną plątaninę drutów, wygiętych szprych stojącą okazale na jednej z półek. Okazało się, że to rzeźba ptaka, którą robi miejscowy artysta ze... starych parasoli. I właśnie takie stare parasole Krysia dla niego zbiera razem z Alunią.

Coś jednak było w Krysi niepokojącego. Była niezwykle sympatyczna, wrażliwa, inteligentna, bogatsza doświadczeniem życiowym. Ale jednocześnie odnosiłam wrażenie, że nieustannie ocenia nas i obserwuje, że stara sobie wyrobić o nas opinię, co w sumie było naturalne – byliśmy przecież zupełnie nowymi dla niej ludźmi. A jednocześnie, że bardzo się cieszy ze spotkania z nami, że przynosimy jej kawałek Polski, że dla niej tak wyczulonej na sprawy Polonii i Polski ma to ogromne znaczenie. Od razu opowiadała nam o regionalnych kłopotach Polonii, o tym jak mają się sprawy Polaków w Brazylii i Argentynie, o tym, że Polska nie ma swojego przedstawicielstwa w Paragwaju i ile jest w związku z tym problemów. My natomiast żaliliśmy się Krysi na atmosferę, jaką wytwarza Ricardo i Maria José i prosiliśmy, żeby spróbowała nam wytłumaczyć powody takiego zachowania, ponieważ podejrzewaliśmy, że być może mamy do czynienia z obcym kulturowo wzorcem życia. W każdym razie od razu nawiązała się między nami nić sympatii. Alunia towarzyszyła Krysi podczas każdego spotkania – jest to bardzo mądra i inteligenta, żywiołowa dziewczynka, dwujęzyczna tak jak jej brat Pablito, o co zadbała właśnie Krysia. Metoda była prosta – mąż Krysi mówił do dzieci po hiszpańsku, Krysia mówiła po polsku. Dało to zdumiewające efekty. Okazało się, że Krysia bardzo dba o świadomość narodową swoich dzieci. Stara się, by były na bieżąco z wydarzeniami w kulturze polskiej, by znały najważniejsze pozycje literatury polskiej, by oglądały najwybitniejsze filmy, by były świadome polskiej tradycji. W Święta Bożego Narodzenia, które wypadają w Paragwaju w czasie największych upałów i mają przez to odmienną atmosferę niż nasze zimowe rytuały, z rzadka przystraja się bombkami choinkę, ale przede wszystkim ustawia szopkę. Natomiast Alunia wzorem Polaków z ochotą czyni jedno i drugie. Jednak, gdy zapytaliśmy Krysię, gdzie wolałaby mieszkać, odpowiedziała, że w Polsce... Nie dało się ukryć, Polska jest bez wątpienia krajem bogatszym niż Paragwaj, stabilnym, dającym większe szanse na rozwój i edukację.

I tak pierwsze lody naszej znajomości zostały przełamane, staliśmy się znajomymi państwa Balmacedów. Dało to nam wiele obopólnych korzyści – któregoś dnia przyjechał na calle dr Morquio mąż Krysi Pablo, lekarz, który studiował medycynę w Polsce i tak właśnie poznał Krysię. Zabrali nas razem z Krysią i Alunią do muzeum mieszczącego się gdzieś w głębi miasta. Jechaliśmy specyficznymi asunsjońskimi uliczkami, w których bieda z przewagą biedy mieszała się z bogactwem do nowoczesnego budynku, gdzie mieściło się muzeum sztuki ludowej Paragwaju. Zwiedzanie nie było proste – pamiętam mój wciąż rozbiegany wzrok, który nie wie na czym ma się skupić – czy na oglądaniu eksponatów, czy na Olguni biegającej z kąta w kąt i pamiętam wrażenie, że mimo mnogości zgromadzonych przedmiotów przedstawiających chociażby rzeźbione kunsztownie figurki świętych, czy relikwie miejscowych, ludowych wierzeń, czy przedmioty należące do Indian – miałam uczucie niedosytu, wydawało mi się, że zbiory powinny być większe, bogatsze. Tymczasem zwiedzanie zabrało nam niecałą godzinę, przy czym najciekawsze były wystawione listy żołnierzy z czasów wojny z trzema państwami – Urugwajem, Argentyną i Brazylią, która strasznie wykrwawiła Paragwaj. Ten stosunkowo mały kraj w porównaniu z gigantami, jakimi są właśnie Argentyna czy Brazylia co rusz wikłał się w co najmniej wątpliwe pod względem korzyści wojny. Walka z trzema sąsiadami naraz w obronie niepodległości przypominała mi losy Polski – analogii jest zresztą więcej - i tak jak Polska leży w centrum Europy stanowiąc jakby jej serce, tak Paragwaj nazywany jest sercem, corazón Ameryki Południowej – ze względu właśnie na położenie i wielkość terytorium. Pamiętać zresztą należy, że Paragwaj może wykorzystywać jedynie połowę swojego terytorium – drugą połowę stanowi Chaco – rozgrzana do białości, prawie niezamieszkana równina.

Po zwiedzaniu Pablo i Krysia zaproponowali nam łyk tereré – z termosu nalali zimnej wody do kubeczka, który tradycyjnie krążył z ust do ust. Jakież było ich zdziwienie, gdy nie odmówiliśmy!!! Pablo odwozi nas do domu. Po drodze Krysia opowiadała nam o mijanych domach, placach, sklepach. Ale jakież to były opowieści! Gdy jechaliśmy w okolicy supermarketu Krysia mówiła – tu można dostać ogórki konserwowe w smaku podobne do naszych ogórków... Asunción to dla Krysi miejsce, gdzie wyszukuje się ślady polskości, ślady własnej ojczyzny. Tu mieszka kobieta, Rosjanka, wysokiej klasy specjalistka od energii atomowej, która tutaj nie pracuje, jest gospodynią domową... Wszędzie, na każdej ulicy można było znaleźć emigrantów, opowiedzieć o ich pokręconych losach, o ich tułaczym życiu i to dla Krysi było najważniejsze. Pamiętam jeszcze opowieść, którą usłyszeliśmy dużo później, o mężczyźnie, który objechał dookoła cały świat i osiadł w Paragwaju – gdyż tutaj cena i wybór trunków wydały mu się najkorzystniejsze. Krysia opowiadała tę historię z dużym zdziwieniem – tutaj wybór trunków! Bo mimo wszystko, mimo przywiązania dla Paragwaju, szacunku dla męża Paragwajczyka i zakorzenienia w tym kraju, w Krysi wyczuwało się przeświadczenie, że znalazła się gdzieś daleko, hen, na końcu świata.

Któregoś rozgrzanego, rozpalonego do białości dnia Krysia umówiła się ze mną w centrum miasta. – Poznasz doñę Esterę – powiedziała. Bardzo byłam ciekawa doñi Estery, któż to taki? Musi to być ktoś ważny dla Krysi, skoro chce mi ją przedstawić, pokazać. Nie namyślałam się długo, wsadziłam Olgunię do taksówki i pojechałyśmy na spotkanie z Krysią. Taksówkarz wysadził mnie przy mauzoleum, świętym dla Paragwajczyków budynku, w którym mieści się Grób Nieznanego Żołnierza i spoczywają bohaterowie Paragwaju oraz przed którym stoi warta honorowa. Poszłyśmy z Olgunią kawałek dalej ulicą Palma lub Estrella. Nagle wyłonił się przede mną sklepik – zwykły, typowy, na czas sjesty, największego upału zamykany przez opuszczenie długiej rolety – tak jak czynili to inni właściciele podobnych sklepików, których jest mnóstwo w Asunción. Handlowano w nim pamiątkami, zegarami, biżuterią, po trochu wszystkim. Za ladą stała starsza kobieta. Ale cóż to była za kobieta! Ubrana z niezwykłą jak na warunki paragwajskiego upału elegancją, z zaczesanymi w kunsztowny kok włosami, z pięknie umalowanymi paznokciami wyszła nam na spotkanie doña Estera, Żydówka z Polski, na której przedramieniu wyraźnie odznaczał się niezasłonięty z powodu gorąca wytatuowany numer oświęcimski. Doña Estera. Moja paragwajska mama – jak mówiła Krysia. A doña Estera wyjęła jakieś polskie pismo i zaczęła się śmiać, że nie przeczytała Krystyna Janda, ale Handa, tak wpływa na nią język hiszpański. Mówiła pięknie po polsku. Płynnie, bez akcentu, ze swadą, polotem, nie przekręcając brzmienia słów. Mówiła z dowcipem, śmiejąc się, Olgunia zaczęła się wstydzić i chowała się za moją spódnicę – wtedy doña Estera powiedziała, że tak, to normalne, tak trzeba. W kącie jej sklepu siedział mąż, jak opowiadała mi potem Krysia, drugi mąż, z pochodzenia Rumun, siedział, uśmiechał się, palił papierosy, przysłuchiwał się naszej rozmowie, chociaż nic nie mógł z niej zrozumieć. Wydawał się z niej być bardzo zadowolony. Doña Estera opuściła Polskę tuż po wojnie i nigdy do niej nie wróciła. Nie chciała. Bardzo spokojnie odpowiadała na nasze pytania dotyczące Polski, ale widać było, że nie jest to już jej ojczyzna, że zostawiła ją daleko za sobą, że nie ma po co wracać do bolesnych wspomnień.
Bardzo chciałam coś kupić u doñi Estery. Chciałam zrobić jej przyjemność i chciałam mieć pamiątkę z jej sklepu. Zdecydowałam się na kolczyki – srebrne, misternie plecione, w paragwajskim stylu, takie jakie kupiłam później na prezent teściowej i które nosi ona do dziś. Później, już bez Krysi jeszcze kilkakrotnie odwiedzałam doñę Esterę. Zawsze byłam przyjmowana przez nią z wielką sympatią i życzliwością, zawsze znalazła trochę czasu, żeby zaparzyć kawę, posiedzieć, porozmawiać. Krysia darzy wielką miłością doñę Esterę – o jej życiu, jej losach napisał nawet artykuł do gazety.

Krysia wielokrotnie opowiadała nam o losach Polonii paragwajskiej. To było jej życie, jej domena. Krysia nie pracowała, wiodła żywot gospodyni domowej i działalność polonijna oraz kulturalna to była jej pasja, odskocznia od rutyny codziennego życia. A miała o czym opowiadać i czym się pochwalić. Krysia razem z mężem Pablem organizowała życie Polonii, organizowała od podstaw, ponieważ kiedy przyjechali do Paragwaju, za czasów dyktatury Stroessnera nikomu nawet nie śniło się, by zakładać jakieś stowarzyszenia lub organizować ludzi. Polonia w Paragwaju nie jest tak liczna jak jej odpowiedniczka w Brazylii i w Argentynie, ale są tutaj Polacy, których rozrzuconych po świecie można znaleźć w każdym kraju. Krysia przez dwie kadencje była przewodniczącą Polonii, dwie dozwolone kadencje. Znała jej problemy na wylot, jeździła na zjazdy polonijne, pilnie śledziła, jakie są poczynania Polonii nie tylko z Ameryki Południowej, jakie jest nastawienie do Polaków mieszkających w innych krajach w ojczyźnie. Była i jest ze wszech miar zorientowana we wszystkich ważniejszych polonijnych sprawach. Ledwo się poznałyśmy Krysia zaprosiła nas na coroczne spotkanie Polonii paragwajskiej, jakie odbywa się pod Encarnasion w Carmen del Parana – jednym z większych miast paragwajskich z okazji święta Trzeciego Maja. Poznałyśmy się w marcu, więc do Trzeciego Maja pozostawało trochę czasu, ale zastanawialiśmy się z mężem jak też mogą wyglądać obchody święta Trzeciego Maja w tak odległym miejscu? Na święto Polonii wybraliśmy się całą rodziną. Jechaliśmy autobusem, ponieważ tylko taka komunikacja obowiązuje w Paragwaju. (Któregoś dnia jeszcze w Asunción chcieliśmy obejrzeć dworzec kolejowy. Poprosiliśmy taksówkarza, żeby zawiózł nas do centrum. Taksówkarz zawiózł nas z ochotą. Następnie poprosiliśmy, żeby pojechał na dworzec. Tutaj już spojrzał na nas niepewnie, zaczął się śmiać i bez zmrużenia oka wykorzystał niedoświadczonych gringos. Dworzec istniał, taksówkarz zawiózł nas i skasował pieniądze za kurs. Jak się okazało był dworzec, był nawet jeden wagon przerobiony na kawiarnię, obok niego biegał bezpański pies i dwa koty. I to było wszystko. Pojawił się jakiś zarośnięty señor i oświadczył, że nie ma pociągów w Paragwaju. Po prostu nie ma.)

Tak więc podążaliśmy na południe kraju w autobusie rejsowym, a nasza ciekawość rosła wraz z upływem kilometrów. Na miejscu miała na nas czekać Krysia z Pablem i Alunią, którzy pojechali samochodem, mieliśmy nocować u zaprzyjaźnionej z Balmacedami polskiej rodziny.
Okazało się, że nie było większych trudności – autobus dojechał w miarę planowo, Balmacedowie czekali, łatwo było trafić do domu państwa Bojarczuków. Czekało nas także życzliwe przyjęcie, ciepłe miejsce do spania, dobre jedzenie. Byliśmy już zmęczeni, nie wiadomo kiedy zapadł zmrok. Państwo Bojarczukowie mówili po polsku, co było nie lada osiągnięciem, ponieważ przyjechali do Paragwaju jako maleńkie dzieci, pan Bojarczuk był trzymiesięcznym oseskiem przywiezionym do tego odległego kraju w pieluszkach. Co skłoniło ich rodziców do tak odległej emigracji? Zwyczajna bieda, poszukiwanie jakiejkolwiek pracy, a wtedy, na mocy porozumień rządowych w Paragwaju otwierały się jakieś perspektywy. Co było w nich niesamowitego – otóż nie znali Polski, nie mieli możliwości jej poznać, a mimo to całe życie za nią tęsknili, wspominali, żyli sprawami polskimi, porównywali czasy Stroessnera z komunistycznym życiem w Polsce, szczycili się, że do Paragwaju z pielgrzymką przyjechał papież Jan Paweł II i kształcili jedno ze swojej czwórki dzieci w Polsce, kształcili ponosząc wielkie wyrzeczenia materialne. A na dodatek gospodarz pokazał nam relikwię, polską osobliwość, którą trzymał jak największy skarb, jako dowód swojej przynależności do polskiej kultury i tradycji – małą butelkę wódki, Żytniej, z dość zabrudzoną już etykietką, którą trzymał schowaną w barku od wielu lat. Dopiero wtedy pomyśleliśmy, że przepadła okazja prawdziwego wywdzięczenia się naszemu dobroczyńcy, że w Asunción mieliśmy okazję kupienia jedynego polskiego produktu, jaki spotkaliśmy w Paragwaju, mianowicie wódki Wyborowej, że nie pomyśleliśmy o tym, poza tym głupio nam było jechać z wódką, a tymczasem okazałoby się, iż zrobilibyśmy naszemu gospodarzowi niepowtarzalną przyjemność. Pozostaje nam tylko wyciągnąć wnioski na przyszłość i docenić wagę tego narodowego trunku. Trunku zresztą nie zabrakło podczas naszego spotkania – gospodarz wyciągnął inny napitek i wlał go do pękatej szklanki. Doświadczyliśmy wtedy ze zdziwieniem paragwajskiej tradycji picia alkoholu – szklankę podawaliśmy sobie z rąk do rąk jak fajkę pokoju. Każdy popijał łyk i podawał ją kolejnej osobie, tak jak kubek tereré – doświadczaliśmy dzięki temu poczucia jakiejś wspólnoty, przynależności do jednej rodziny.

Ponieważ zrobiło się już bardzo późno poszliśmy spać. Gospodarze przygotowali dla nas pokój – z dwoma łóżkami dla dorosłych i maleńkim łóżeczkiem dla Olguni. Tu także czekała na nas niespodzianka – na ścianie wisiało zdjęcie dobrze znanej nam z Niemiec katedry w Kolonii, katedry która zawsze witała nas, gdy jechaliśmy właśnie z przesiadką na dworcu w Kolonii do Bonn. W ten sposób - pomyślałam - widzę, doświadczam, czuję nad sobą rękę Opatrzności, wiem, że nie jesteśmy tu przypadkowo i że Ktoś nad nami czuwa.
Następnego dnia wstaliśmy wcześnie. Tego dnia miały odbyć się uroczystości – msza w kościele i spotkanie Polonii. Zjedliśmy skromne śniadanie i ruszyliśmy. Uroczystości nie odbywały się w Encarnasion tylko poza miastem. Jechaliśmy samochodem Pabla stłoczeni jak sardynki w puszce i czekaliśmy z niecierpliwością na to, co się wydarzy. Wreszcie był. Kościół. Normalny, niezbyt duży, rozpoznawalny. Obok niego duży obiekt, hala, jeszcze w budowie, pusta wewnątrz nie licząc długich stołów i krzeseł. A wszystko to w szczerym polu, w środku wykarczowanego pola, na którym kiedyś rósł las tropikalny. Słońce stało w zenicie, ale było wyjątkowo chłodno – weszliśmy w początek maja, uroczystości wszak odbywały się z okazji obchodów święta Trzeciego Maja i wchodziliśmy w porę chłodów, porę zimna, która jednak nijak ma się do naszych europejskich chłodów. Po prostu krótkie rękawki zastąpiliśmy bluzami z długim rękawem, a co bardziej zapobiegliwi wzięli jeszcze jakieś przewiewne kurtki. W związku z tym, że było już dość chłodno ubrałam Olgunię w spodnie ogrodniczki i mąż miał nawet do mnie małą pretensję, że wszyscy myślą, iż jest to chłopak. A Olgunia świetnie się czuła, jak wszędzie, łobuzowała, jak wszędzie, wchodziła pod ławki w kościele, pod stoły w hali i nie można z niej było spuścić oka, jak zawsze.

Kościółek powoli się zapełnił i rozpoczęła się msza. Sprawowało ją trzech księży – ksiądz katolicki polski, ksiądz katolicki hiszpański i jeszcze jeden ksiądz, nie pamiętam jednak ani obrządku ani wyznania. Pamiętam jednak, że musieli się trochę natrudzić, aby nie wchodzić sobie w drogę, ponieważ za ołtarzem nie było dużo miejsca.
Msza odbywała się w języku hiszpańskim, z wyjątkiem najstarszych modlitw. Te – na przykład Ojcze nasz ludzie odmawiali po polsku. Najstarsze modlitwy pamiętali, zostali ich nauczeni w domu, tak polską tradycję przekazali im rodzice, natomiast kazanie już musiało być wygłoszone po hiszpańsku, ponieważ wierni zwyczajnie nie zrozumieliby polskich słów. Po skończonej mszy padły okolicznościowe słowa, padły nazwiska darczyńców tego maleńkiego kościółka, którego wybudowanie w tak odległym miejscu musiało stanowić nie lada wysiłek dla ludzi i nie lada wyczyn i nastąpiła chwila prezentacji. Każdy kto chciał mógł wyjść, stanąć koło mównicy i powiedzieć – oczywiście po polsku – kilka zdań o sobie, o swojej rodzinie, o swoich odczuciach, jakie ma przyjeżdżając na to święto Polonii. Skorzystało z tej okazji kilka osób, odważnie wyszło do tłumu i przedstawiło się, między innymi około 50 – letni Polak, Władek, jeden ze sponsorów budynku. Zastanawiałam się, czy nie wyjść, nie powiedzieć paru słów, ale – o czym miałabym mówić? Mimo, że Polka, to przecież nie Paragwajka, nie zamieszkała nawet na tej ziemi, jednak obca i do tego Olgunia ruchliwa jak mała małpka, wyrywająca się z rąk na wszystkie strony i... dałam sobie spokój. Dzisiaj myślę, że niesłusznie, że ludzie ci z wielką radością i wdzięcznością przyjęliby kilka słów uznania od właśnie kogoś takiego jak ja czy mój mąż.

Po mszy odbyła się procesja. Tłum wiernych pod sztandarami obszedł wokół kościółek. Szłam razem z nimi, podczas gdy mój mąż, Krysia i Pablo z Alunią stali dyskretnie obok przyglądając się procesji. Dziwnie to wyglądało – wśród tak odległego od Polski kraju zdominowanego przez kruczoczarnych Metysów – wyspa jasnych głów, blond włosów. Nie było to wielka procesja, tak jak nie było wcale wielu wiernych – ot symboliczne przejście wokół, raczej zamanifestowanie swojej solidarności z wielkimi procesjami, jakie szły w Polsce, jakie polonusi albo widzieli sami albo słyszeli o nich. Piszę: widzieli sami – ponieważ podczas tej uroczystości rozdawano ulotki z propozycją wycieczki do ojczyzny, okazało się, że są tutaj Paragwajczycy polskiego pochodzenia, którzy zajmują się tą branżą i wykorzystują tego typu zgromadzenie do zareklamowania swoich usług. Wielu Paragwajczyków odwiedziło w ten sposób stary kraj, ale wielu kiwało głową, ponieważ po prostu nie było ich stać. Ceny optowały w okolicach kilku tysięcy dolarów amerykańskich i przekraczały możliwości przeciętnej rodziny.
Po mszy rozpoczął się poczęstunek i część artystyczna. Posadzono nas za długim stołem i poczęstowano polskimi, narodowymi potrawami, wśród których królowała sałatka warzywna z majonezem – taka sama jak ją mamusia robiła jeszcze w Polsce – roztkliwiały się Paragwajki. Skromny był to poczęstunek, a jednocześnie nad wyraz bogaty – tu, w hali, w szczerym polu, w hali w której jeszcze nie wstawiono okien, ledwo ją otynkowano i przysposobiono do użytku, bez profesjonalnej kuchni przygotowano posiłek najlepiej jak można było. Oprócz specjalności kuchni polskiej było jeszcze jedzenie paragwajskie – ciasto, chleb. Nie jedzenie było jednak najważniejsze. Otóż równocześnie z posiłkiem odbywały się występy artystyczne – zespoły młodych chłopaków przygrywały melodie z Polski. Ale co to były za melodie!!! Wyganiała Kasia wołki i wszelkiego rodzaju przyśpiewki ludowe, jakie znali od swoich rodziców lub dziadków. Grali zgodnie, śpiewali prawie bez akcentu do mikrofonów polskie słowa, starali się oddać rytmikę i dynamikę tych polskich ludowych zaśpiewek i tańców, ale... dopiero gdy wyczerpał się im repertuar i gdy z konieczności przerzucili się na melodie paragwajskie – dopiero tutaj czuć było ich serce, dla których – nie można ukryć – Wyganiała Kasia wołki to pieśń obca i wyuczona i ... zbyt powolna. Bowiem paragwajskie melodie są szalenie dynamiczne, skoczne, można powiedzieć, że nawet ostre, porywające natychmiast do tańca. Od razu też zapełniło się klepisko na środku hali – w tany poszli i starzy, i młodzi, i dzieci. I tak orkiestra, która się zmieniała grała na przemian polskie i paragwajskie melodie ku uciesze zgromadzonej publiczności. A trzeba się było ruszać, ponieważ tego dnia było wyjątkowo chłodno i wszyscy nieźle zmarzliśmy. Olgunia biegała wesoło wokół stołów, ludzie dosiadali się ciekawie do nas, pytali skąd jesteśmy, czy na długo, jak nam się podoba Paragwaj, jak nasze dziecko i w ten sposób poznaliśmy panią Bronisławę, która zwróciła moją uwagę już podczas pielgrzymki wokół kościółka – zażywną starowinkę w chustce na głowie, która śmiała się niepełnym uzębieniem i wołała głośno, że niczego się w życiu nie boi, bo piętnaścioro dzieci wychowała, a także że jej mamusia mówiła, iż nigdy się do Paragwaju nie przyzwyczai, bo tu słoneczko chodzi w drugą stronę (istotnie, ponoć gdy przypatrzeć się słońcu na niebie, gdzie nie jest ograniczony niczym horyzont, powstaje wrażenie jakby słońce chodziło w drugą stronę). Pani Bronisława o twarzy pomarszczonej jak przejrzałe jabłuszko mimo późnego już wieku pełna była radości i optymizmu, buchała z niej siła i potęga życia; życia, które wiele przeszło i wiele widziało. Bardzo sympatycznie odnosiła się do naszego malucha i podobnie jak reszta gości myślała, że jest to chłopiec, ponieważ tego dnia ubrałam Olgutę w spodnie ogrodniczki, o co miał pretensję mój mąż, ale cóż, było naprawdę zimno...

Dziwnie się czułam na tym święcie Polonii Paragwajskiej. Czułam się jak u siebie, w Polsce, powiedzmy – na wiejskim weselu, a jednocześnie cały czas wiedziałam jak jestem daleko od domu, że jestem nawet nie w Asunción, że tu już naprawdę może być koniec świata. Dziwna to była Polska... wzbogacona folklorem paragwajskim i okraszona hiszpańską mową.
Zewsząd rozbrzmiewał język polski, a jednak Krysia, która będąc byłą przewodniczącą Polonii została zaproszona jako szczególny gość przemawiając do zgromadzonych zdecydowała się na język hiszpański. Podziwiałam jej płynną wymowę, a właściwie kaskadę hiszpańskich słów, jaka wydobywała się z jej ust. Polonusi opowiadali, że w dawnych czasach, jeszcze za rządów Stroessnera, kiedy Krysia za mężem wyemigrowała z kraju i przyjechała do Paragwaju nikomu nie śniło się nawet zaistnienie czegoś takiego jak Polonia, aktywne zorganizowanie się Polaków. Krysia, nieznajoma Polka, która lepiej mówiła po hiszpańsku niż oni, energicznie zajęła się tą sprawa, chodziła od rodziny do rodziny, namawiała do spotkań, do organizowania się, do wyjścia na światło dzienne. Nie było to łatwe w czasach dyktatury, pan Bojarczuk zagadnięty na ten temat sam mówił, że miał polskie nazwisko, ale dalej do niczego się nie przyznawał, cicho siedział i starał się robić swoje. Dopiero Krysia swoją energią i determinacją doprowadziła do obecnego stanu.

Tymczasem Władek, jeden ze sponsorów kościoła, właściciel działającej prężnie firmy budowlanej zaoferował się pokazać nam pozostałości misji jezuickich, tych samych, które przedstawione zostały w pięknym filmie Misja w reżyserii Rolanda Joffé. Trudno było odmówić takiej ofercie, z niecierpliwością wyczekiwaliśmy następnego dnia.
Wieczorem wróciliśmy do naszych gospodarzy, państwa Bojarczuków. Zrobiło się ciemno, spokojnie, Olgunia już spała, Krysia z Pablem pojechali do Asunción – nie mogli dłużej zostać, musieli wracać do stolicy, a nam ponownie zebrało się na wspominki. Gospodarz pokazał nam swój warsztat pracy – bardzo czysto i wzorowo utrzymany, gospodyni poczęstowała nas kolacją, kiełbasą, o której Krysia mówiła słusznie, że smakuje tak jak w Polsce – i była to prawda. Pomimo, że Paragwajczycy uwielbiają i mają piękne mięso wołowe, krwiste, świeże bez śladu najmniejszej choćby żyłki, w ogóle zdają się nie zauważać mięsa wieprzowego.
Wspominki obejmowały wszystko, warunki życia, kształcenie i wychowywanie dzieci, pracę, zarobki. Na końcu, gdy wyczerpały nam się tematy zaczęliśmy śpiewać. I okazało się, że największą przyjemność gospodarzom sprawiają stare polskie piosenki, które znamy z dzieciństwa, takie jak Czerwone jabłuszko. Nasz gospodarz zaczął podśpiewywać z nami, a pani Ania aż krzyknęła, bo nie spodziewała się, że jej mąż zna takie właśnie piosenki i do tego jeszcze po polsku.

Następnego dnia przyjechał po nas Władek i pojechaliśmy oglądać misje jezuickie. Wyjechaliśmy z miasta. Pamiętam, że szliśmy z Olgunią, wózkiem długo przez zieloną trawę, a potem nagle zobaczyliśmy ruiny jakichś budowli. Ruiny wyłoniły się przed nami i w miarę jak zbliżaliśmy się do nich robiły się coraz większe i większe. Ich czerwień wyraźnie odcinała się od zieleni trawy, pojedynczych palm i błękitu nieba.
Były to rzeczywiście pozostałości misji jezuickich – mała część oryginalnego państwa teokratycznego, niezależnego od władz w Asunción, które opiekowało się w XVII i do połowy XVIII wieku prawie trzystu tysiącami Indian Guarani ucząc religii katolickiej, rolnictwa, rzemiosła i drobnego przemysłu. My widzeliśmy resztki budowli świeckich i sakralnych – ruiny kościoła z wyraźnie wyodrębnioną chrzcielnicą i ołtarzem. Misje robiły wrażenie efektowne – był to spory obiekt, w przeszłości musiał być zagospodarowany, ale obecnie stał w szczerym polu. Poszczególne fragmenty czy to murów czy nawet eksponaty były zabezpieczone, ołtarz był opisany. Władek pokazał nam misje szczegółowo i właściwie po godzinie wracaliśmy. Wiał ten zimny wiatr, dziwny paragwajski pamperos, który powodował, że przy pełnym słońcu należało na siebie nałożyć trzy grube warstwy odzienia i porządnie już zmarzliśmy. A gdy wracaliśmy Władek z ogromnym zaangażowaniem i dozą goryczy pokazywał nam uciekające za szybami samochodu miasto – o, tutaj budują się Ukraińcy, tu wykupują wszystko Argentyńczycy, a tutaj, to biedne, ledwo, ledwo to my Polacy... Władek miał firmę budowlaną i budował mieszkania pod wynajem. Zawiózł nas też na plac budowy, weszliśmy wysoko, wysoko podziwiać budowlę, Władek zatoczył ręką i wskazał – tam dalej to już Argentyna... Przed nami rozciągała się panorama miasta, rzeka, a za nią długie puste pasmo niezamieszkałej ziemi. Argentyna... Jak to tajemniczo brzmi... Pasmo niezamieszkałej ziemi... coś normalnego, coś oczywistego w warunkach paragwajskich, w warunkach Ameryki Południowej. Asunción leży na granicy kraju, nad rzeką Paragwaj, która jest jednocześnie rzeką graniczną. Za rzeką rozciąga się już teren Argentyny. Teren także niezamieszkały. Kilometry nieurodzajnej ziemi, gdzie nie ma śladu ludzkiej stopy, gdzie wytrwali tylko nieliczni, osady menonitów, szczepy Indian, osady Niemców – banici, którzy nie mogli nigdzie indziej się osiedlić. Takie jest całe Chaco rozgrzany do białości słońcem płaskowyż zajmujący powierzchnię połowy Paragwaju i kompletnie niezamieszkany. O to Chaco toczyła się w latach 30 – tych XX wieku kolejna wyniszczająca wojna z Boliwią, ponoć odkryto tam złoża ropy, co okazało się nieprawdą i dwa narody wykrwawiały się walcząc o kawałek bezużytecznej ziemi. W końcu podpisano pokój i dwie trzecie spornego terytorium znalazło się w posiadaniu Paragwajczyków. Krysia Balmaceda przedstawiła mi kiedyś w Asunción polskiego misjonarza, ojca Zdzisia. Pytam – gdzie jest ojca parafia? A on na to, że to Chaco. Nic mi to nie mówiło, pytam dalej – w którym miejscu Asunción jest ten kościół Chaco? Wystawiłam sobie wtedy niezbyt pochlebną ocenę ze znajomości geografii nie tylko paragwajskiej. Ojciec Zdzisiu pojawiał się i znikał, wyjeżdżał na teren swojej misji, jak to Pablo mówił: lata po Chaco. Niezmordowany, pełen życia, z wielką siwą brodą, zresztą ojciec chrzestny Aluni, doskonale zaznajomiony z trudami życia właśnie w ekstremalnych warunkach, gorączce Chaco i innych tego typu miejscach. Gdy już wróciliśmy do Asunción pojechaliśmy z Pablem na wycieczkę pod punkt spotkań Paragwajczyków – mianowicie gigantyczny pomnik postawiony na wzgórzu na cześć bohaterów paragwajskich z uwzględnieniem oczywiście Stroessnera, gdyż to za jego czasów ów pomnik postawiono. Miejsce to było szczególnie upodobane przez zakochanych, paragwajską młodzież, znajdowało się poza miastem, więc mijaliśmy sznury zaparkowanych samochodów, zostawiliśmy samochód Pabla i wspięliśmy się na górę. Na samym szczycie roztaczał się piękny widok na Asunción – na miasto , które z tej perspektywy nie różniło się niczym od miast, jakie wcześniej już widziałam – ot krzyżówki ulic, kępy zieleni, to parki, budynki, w miarę jak ciemniało zapalały się latarnie i wtedy pojawiło się morze błyszczących punkcików. Ale to morze obowiązywało tylko do rzeki, do właśnie granicznej rzeki Paragwaj, dalej już była pustka, ciemna linia, ciemność nierozjaśniona żadnym punktem. Nic, które ciągnęło się długo, długo w głąb Argentyny. Jest to niesamowite wrażenie dla kogoś z Europy przyzwyczajonego, ze każdy niemal nie tylko kilometr, ale nawet metr przestrzeni jest zagospodarowany i wykorzystywany. Te setki kilometrów pustkowia są dla nas czymś nienaturalnym, dziwnym.

Ale wróćmy do Władka. Władek odpowiadał na nasze pytania dotyczące misji. Dla nas było to coś dziwnego, że tak atrakcyjne miejsce, tak ciekawy obiekt już rozreklamowany przez chociażby wspomniany film Misja jest kompletnie nieeksploatowany, niewykorzystywany. Stoi pod gołym niebem i czeka na przypadkowych, takich jak my turystów. Władek tłumaczył nam, z błyskiem w oku, że to właśnie jest Paragwaj, jego kwintesencja, że tak to wszystko wygląda i nie należy się niczemu dziwić, że jego firma prosperuje i nawet stać go było na sponsorowanie budowy kościółka i hali dla Polonii, ale jest to wyjątek, coś mało oczywistego, możliwe dlatego, że wkłada w to ogrom ciężkiej pracy. Natomiast normalne jest, że ludzie siedzą, nie zależy im, nie pracują, nie chcą, a życie jakoś się toczy i zawsze jakoś się toczyło. Takich misji na terenie Paragwaju jest sporo, można by zorganizować wycieczkę objazdową, pokazać to ludziom tylko kto się za to weźmie? I kto by jeździł na takie wycieczki? Paragwajczyków nie stać, a zagraniczni turyści tacy jak my są rzadkością na terenie Paragwaju. Koło się zamyka.
Potem odwiózł nas do państwa Bojarczuków, pożegnaliśmy się, podziękowaliśmy mu za jego uprzejmość i zaczęliśmy przygotowania do podróży powrotnej. Przez zwiedzanie misji spóźniliśmy się do Asunción o jeden dzień i obawialiśmy się, że Ricardo będzie bardzo niezadowolony. Ale tak się nie stało, o dziwo, Ricardo stwierdził, że nawet martwił się o nas.

Życie toczyło się przy calle dr Morquio swoim rytmem, spotykaliśmy się z Krysią i jej rodziną dość często przy różnych okazjach. Pewnego dnia Krysia zaproponowała wyjazd na krótką wycieczkę do miejscowości Aregua, miejsca wypadowego asunsjończyków. Zgodziliśmy się bardzo chętnie.
Wiozła nas swoim samochodem Stasia, Polka zamieszkała w Paragwaju, jak się okazało matka chrzestna Aluni. Stasia nie mówiła za dobrze po polsku, ale prawie wszystko rozumiała. Jak się zorientowałam, Krysia musiała już jej wiele o nas opowiadać, ponieważ gdy wsiadałyśmy do samochodu powiedziała: sama zobaczysz. Była nas już spora gromadka w jednym osobowym samochodzie – ja, Leszek z Olgunią, Krysia z Alunią i Stasia za kierownicą. Samochód z trudem przeciskał się przez zatłoczone uliczki Asunción i wiózł nas w znaną tylko Krysi i Stasi stronę. Wyjechaliśmy z miasta. Ciekawie rozglądałam się po przedmieściach Asunción, chciałam zobaczyć paragwajską wieś. Wreszcie dojechaliśmy na miejsce naszego przeznaczenia. Staliśmy na wzgórzu patrząc w dolinę, gdzie połyskiwało ogromne jezioro Ypacarai, zwane także "Błękitnym Klejnotem". Paragwaj jest krajem bez dostępu do morza, więc jak drogocenny dla mieszkańców musi być ten przepiękny zbiornik wodny z jego infrastrukturą! Jest on główną atrakcją turystyczną Paragwaju. Nad jeziorem leżała osada domków, małe miasteczko Aregua położone na pagórkach, obok którego znajduje się Park Narodowy Ypacarai z niezwykłymi gatunkami roślin i zwierząt. Aregua słynie z wyrobu różnego rodzaju wyrobów ceramicznych, które można kupić bezpośrednio od producenta. W sezonie odbywa się tam także festiwal truskawek. Za naszymi plecami znajdował się kościół ze strzelistą wieżą. Chcieliśmy wejść i obejrzeć go w środku, ale okazał się zamknięty. Kościółek miał swoją atmosferę, nastrój i piękno architektoniczne, wyróżniała go właśnie ta strzelista wieża, biel murów i położenie na wzgórzu. Robił wrażenie wymagającego remontu i taka też okazała się osada, do której przyjechaliśmy. Było to skupisko domków letniskowych, które za dobrych czasów budowali sobie mieszkańcy stolicy, dacz, w których mieli wypoczywać. Ale jak wszystko w Paragwaju budynki te były podupadłe, nieskończone, zarzucone w trakcie budowy lub wymagające natychmiastowych poprawek. Według słów Krysi moda na tę osadę już przeminęła, a teraz nawet wraca, stopniowo pojawiają się nowi ludzie, by coś zbudować, dokończyć. Tuż obok kościółka przykucnął dworzec albo coś w rodzaju dworca. Mały skromny budyneczek, we wnętrzu którego urządzono mini galerię i maleńką kafejkę. Weszliśmy tam aby napić się i coś zjeść. Tuż przed budynkiem, na opuszczonych torach, bo – jak pisałam wcześniej – w Paragwaju nie ma kolei, bawiło się trzech chłopców. Ale co to byli za chłopcy! Urwisy w wieku około siedmiu lat, łobuzy ubrane w powyciągane byle jakie koszulki i jakieś spodenki, kociaki, które tylko rozglądały się jak by coś tu zmalować, gdzie tylko wsadzić łapska. Ich oczy szukały okazji do zaczepki i wypatrywały nowych psot. Przypominali mi chłopca, którego widziałam kiedyś w filmie Cinema Paradiso w reżyserii Giuseppe Tornatore, żywe srebra pełne energii i nieokiełznanej niczym ciekawości. Przystanęłam, żeby zrobić im zdjęcie – pozowali śmiejąc się i przepychając, tak jak dorośli Paragwajczycy jakby zupełnie nie oswojeni z widokiem aparatu wycelowanego w ich stronę.
Usiedliśmy koło dworca, żeby coś wypić. Krysia siedziała z Alunią, ja z Olgą, Leszek gdzieś odszedł ze Stasią. Byliśmy zmęczeni upałem, spiekotą, wycieczką. Przyjechaliśmy tak daleko, wyjechaliśmy z miasta, a właściwie, z mojego europejskiego - bogatego, zasobnego, wyrafinowanego, snobistycznego punktu widzenia, jakby nie było wiele do oglądania. Ot, domy takie jak wszędzie, niektóre trochę lepsze, bo miały pełnić funkcje letniskowej daczy, jezioro jako jedyna atrakcja i stacja kolejowa z mizerną galerią prowadzoną dzięki zapałowi i uporowi właścicielki. Nic atrakcyjnego, nic wielkiego, a jednak - powtórzę - ileż to jezioro znaczy dla pozbawionych morza i większych akwenów wodnych (oprócz potężnych rzek) Paragwajczyków! Jest to kwintesencja Paragwaju, kwintesencja Asunción jako miasta, mimo że ponad milionowego biorąc pod uwagę całą aglomerację, to jednak z ciągłą świadomością swojej prowincjonalności względem gigantów, jakimi są Buenos Aires, czy miasta – kolosy brazylijskie. Prownicja? Pozorna prowincja. Krysia mówi:
— Mieszkam tu już 17 lat.
I wtedy z jej oczu popłynęła łza, którą Krysia ukradkiem otarła.

Wracaliśmy do domu. Żeby było nam raźniej, żeby umilić sobie podróż i żeby czas jakoś szybciej leciał zaczęliśmy śpiewać piosenki. Polskie piosenki turystyczne same cisnęły się nam na usta. Poprosiliśmy w przerwie Krysię z Alunią, żeby zaśpiewały coś paragwajskiego. Nastąpiła chwila ciszy, a potem zaśpiewały... Patrię queridę. Pieśń, którą już wielokrotnie słyszeliśmy podczas manifestacji czy jakichkolwiek świąt paragwajskich. Wjeżdżaliśmy już do Asunción. Zatłoczona ulica, korek, koniec dnia, zmęczenie upałem, gorąco, ciasno w samochodzie. Olga nie wytrzymała i zaczęła krzyczeć. To jest niepojęte ile decybeli potrafią wyprodukować tak maleńkie płuca i jak długo dziecko potrafi się drzeć nie zważając na nic. Wszelkie próby uspokojenia Olguni spełzły na niczym. W samochodzie rozpętało się piekło. I wtedy powiedziałam coś, co Krysię szalenie ubawiło:
— Widzisz, Krysiu, to jest życie. Nie żadne tam filozofie. Dzieciak się drze, gorąco, stoimy w korku, ciasno...
Na szczęście Stasia przyspieszyła i jakoś dotarliśmy do domu.

Nie mogłam doczekać się chwili kiedy Krysia zaprosi nas do swojego domu. Nie żebym była ciekawa jak mieszka. Ale marzyłam, żeby zobaczyć zwyczajny, paragwajski dom, zamieszkały przez normalną rodzinę. Nasz dom był piękny – duży, piętrowy, z basenem i piękną kaflową posadzką, ale był zimny, obcy. Ani Ricardo ani Maria José nie starali się go niczym przyozdobić, być może dlatego, że był to dom służbowy. A mnie serce wyrywało się do czegoś swojskiego, prywatnego, domowego. I wreszcie doczekałam się. Krysia zaprosiła nas do siebie.
Przyjechał po nas Pablo i zawiózł nas w jakieś odległe miejsce Asunción, gdzieś bardzo daleko. Wysiedliśmy przed przeciętnym budynkiem i małym korytarzykiem zastawionym roślinami doniczkowymi. Weszliśmy do domu Krysi.
Dom Krysi od razu mi się spodobał. Nie był duży, ani bogaty. Nie było nawet klimatyzacji. Ale był swojski, ciepły, z atmosferą, z pewnym artystycznym rysem. Pełen bibelotów związanych a to z jakąś wystawą, a to podróżą. Na ścianach jakieś obrazy, dużo książek, oprawione zdjęcia pana domu za które dostał nawet jakąś nagrodę i normalny, domowy, swojski bałagan. Od razu spodobało mi się to miejsce, od razu poczułam do niego sympatię. A kiedy jeszcze Krysia powiedziała, że nad drzwiami wejściowymi uwiły sobie gniazdo koliberki i przylatują tu regularnie od razu poczułam, że jestem w domu. Dom nie był wielki i jak na czteroosobową rodzinę mógł być ciasny. Balmacedowie budowali nowy dom, ale nie dane było nam go zobaczyć. Wiem od Pana Kapuścińskiego, który przyjechał do Paragwaju miesiąc po nas, że mocno zaangażowali się w budowę. Na pewno kosztuje ich to wiele wyrzeczeń. Krysia zapraszała nas do siebie parokrotnie. W czasie naszych wizyt pokazywała nam filmy na wideo, między innymi polski reportaż, w którym jako szefowa Polonii wzięła udział oraz filmy z krwawych manifestacji w Asunción. A także film, który – jak mówiła – mogłaby oglądać w kółko do końca życia – zarejestrowany na taśmie wideo występ Aluni stylizowany na stare kino. Alunia chodziła w Asunción do szkoły artystycznej.

Ale nie dane było nam się widzieć z Krysią do końca naszego pobytu. Około miesiąca przed naszym wyjazdem Krysia dostała wiadomość, że jej ojciec ciężko zachorował i musiała natychmiast pojechać do Polski. Spadło to na Balmacedów jak grom z jasnego nieba, podróż do Polski nie jest tania, a i stan ojca nie rokował większych szans na poprawę. Zresztą niebawem tata Krysi zmarł. W związku z tym Pablo został na jakiś czas słomianym wdowcem i musiał pod nieobecność Krysi prowadzić gospodarstwo. Oczywiście chętnie skorzystał z naszego zaproszenia i przyszedł z dziećmi na obiad. Należy dodać, że wszyscy Balmacedowie, a zwłaszcza Alunia bardzo zaprzyjaźnili się z naszą Olgunią. Miło było patrzeć jak mimo różnicy wieku dziewczynki biegają zgodnie po ogrodzie, czy bujają się na huśtawce.
Nadchodził czas naszego wyjazdu. Wymieniliśmy z Balmacedami adresy, e-maile i pożegnaliśmy się. Cały czas jestem z Krysią w kontakcie przez Internet chociaż ostatnio rzadko pisze. Krysia pisze, że Paragwaj stacza się w dół, którego dna nie widać więc nie ma szans na odbicie się. Z jej listów przebija troska o Paragwaj, Polskę, pisze o normalnych sprawach, o Aluni, o decyzjach życiowych dorosłego już syna Pablita, zawsze grzeczna, zawsze przyjazna Krystyna Pisera – Balmaceda, której polskie przecież, a brzmiące hiszpańsko nazwisko Pisera od urodzenia zapowiadało przyszłość.

Przesłałam powyższy tekst Krysi i poprosiłam ją o autoryzację. Oto, co napisała:

Różności o Polonii paragwajskiej i innych sprawach.
Polacy przyjeżdżali do Paragwaju także przed 1936 rokiem, ale od tego momentu rozpoczęła się emigracja grupowa po podpisaniu umowy międzyrządowej. Tak naprawdę to Polacy byli mniejszością wśród przyjeżdżających osadników. Większość to byli Ukraińcy, Białorusini i inni. (Wszyscy obywatele polscy). W tym okresie istniały konsulaty i w urzędzie emigracyjnym w Carmén del Paraná pracowali Polacy, więc można powiedzieć, że przyjeżdżający mieli jakąś opiekę oficjalna. Już wtedy założyli Związek, wybudowali szkołę i kościół. Mimo to wielu chciało wrócić do Polski, ponieważ warunki klimatyczne i geograficzne okazały się dla nich za ciężkie. Wybuchła jednak wojna a po wojnie wprowadzono system komunistyczny.
Polacy znajdujący się w Paragwaju znaleźli się całkiem osamotnieni i bezsilni wobec nadużyć władz i konfliktów z Ukraińcami. Już wtedy zaczęli wyjeżdżać, najczęściej do Argentyny. Wiele wydarzyło się wtedy tragedii. Czasem pozbywali się dobytku za marne grosze i ryzykowali nielegalną przeprawę do Argentyny przez rzekę. –Opowiadane są wstrząsające historie o zatapianiu całych rodzin. W latach 50-tych miał miejsce na Kolonii Fram (to 18 km od Carmén del Paraná) bardzo niejasny epizod, o którym długo niczego nie można się było dowiedzieć. Ja słyszałam może dwie relacje. Otóż - takie można wysnuć wnioski - z okazji jakiejś rocznicy Ukraińcy przygotowali fiestę z poczęstunkiem, występami, itd. W trakcie wywiesili czerwoną flagę sowiecką i coś powiedzieli na temat ZSRR. Na imprezie był także miejscowy komisarz policji (zresztą zaproszony) i widocznie to co się działo było na tyle wg niego niewłaściwe że zapakował uczestników na ciężarówkę i kazał zawieźć do więzienia. (Część zatrzymanych została zwolniona następnego dnia). O ile jeszcze miejscowe władze prawdopodobnie mogły rozróżnić między Polakiem, Ukraińcem czy innym, to dla władz centralnych wszyscy byli Polakami (takie mieli przecież dokumenty) i późniejsze represje spadły jednakowo na wszystkich. Wyjazdy z Paragwaju nasiliły się i w końcu Polaków zostało niewielu no i zaprzestali działalności zorganizowanej, aby nie zwracać na siebie uwagi, czyli siedzieli cicho. Mimo wszystko, zbierali się zawsze przy okazji święta Trzeciego Maja, dbali o kościół, i potrzeba życia wspólnotowego, byla w nich dosyć silna. Gdyby nie ta potrzeba, nie udało by się nam niczego dokonać mimo naszych chęci. Tylko, że po tylu latach, trudno było przełamać strach, inercje, no i nie miął kto się tym zająć. Zawsze potrzebny jest jakiś lider, który popchnie wszystko do przodu. Nie mogę jednak zgodzić się, aby mnie przypisywano całą zasługę, bo byłoby to niesprawiedliwe dla tych ludzi.
Myślę, że najtrudniej było przełamać nieufność. Polacy, którzy emigrowali z kraju za komunistów ulegali swojego rodzaju psychozie agenta.
We wszystkich widzieli śledzących ich agentów (nie wiem na ile to było uzasadnione, na ile nie). Naturalnie tak samo potraktowali nas. Do tego stopnia, że pierwszy polski ksiądz, którego znaleźliśmy w Asunción i pojechaliśmy poznać, w ogóle nie wpuścił nas za próg. Przyjął nas w drzwiach i tak z nami rozmawiał, aż się zmęczyliśmy i w końcu sobie poszliśmy. Jednak potem, to właśnie księża wsparli nas swoim autorytetem i zostaliśmy zaakceptowani i, jak sama widziałaś, dziś cieszymy się poważaniem.
Przypomniało mi się, że macie książkę Sobre héroes y tumbas Ernesta Sábato, która kupiliście u grubej Glorii (piszesz o tym w rozdziale The U.S.A.). Jedną z postaci występujących w książce jest niejaki Tito D´Arcangelo, syn włoskiego emigranta. Jest w tej książce kilka uwag i refleksji na tematy emigrantów i ich nostalgii, w końcu Argentyna to kraj emigrantów, w szczególności Włochów i Hiszpanów.
Teraz z innej beczki. Myślę, że jeśli chodzi o tematy polityczne, to lepiej jest pominąć je, niż wytłumaczyć niedokładnie. Np. z tego, co piszesz o Arganii można by pomyśleć, że to jakąś pozytywna postać, a w końcu to też był człowiek Stroessnera, Sędzia Najwyższy w czasach kiedy torturowano na policji przeciwników politycznych, a teraz jego synowie to też grupa mafijna. Myślę, że nie jest łatwo wytłumaczyć krótko specyfikę Partii Colorado, która zawiera w sobie wiele frakcji i dominuje wszystkie instytucje, i w obrębie której toczy się demokratyczna gra, jako że pozostałe partie się nie liczą. Dopiero ostatnio coś niecoś się zaczęło zmieniać, ale długo jeszcze potrwa zanim inne partie będą miały faktyczny udział w politycznej grze. Myślę, że przecież nie musisz napisać o Paragwaju wszystkiego.