Reportaże

 

Piłka nożna i telenowele

Niemal dziesięć stron dziennika o nazwie Última Hora zajmowała piłka nożna. Pierwsza strona najbardziej niezależnej paragwajskiej gazety, zwykle zilustrowana kolorową karykaturą, dotyczyła bieżącej sytuacji politycznej. Kupując gazetę zastanawiałam się jak to prześmiewcze, kolorowo-komiksowe rozwiązanie graficzne tuż pod nagłówkiem zostałoby odebrane przez polskiego czytelnika. (Na marginesie - moja ulubiona karykatura, która ma także pewien wymiar uniwersalny, wyglądała następująco: prezydent Macchi odziany w jakiś przesadnie bogaty strój, otoczony tłumem pochlebców z rządu przemawia do zgromadzonego tłumu. Nad głową prezydenta karykaturzysta narysował kształt państwa przystrojony kwiatami. Odziany licho, skąpo i marnie tłum w milczeniu wysłuchuje przemówienia. Nad ich głowami również widnieje rysunek Paragwaju, ale Paragwaju w nędzy, wychudzonego, jakby znękanego przewlekłą chorobą. Nad głowami wszystkich postaci latają beznadziejnie moskity przenoszące dengue.) Dalej było już normalnie, komentarze, relacje z innych stron świata. I wreszcie pojawiała się ona, piłka nożna, prawdziwa królowa, w każdej swojej postaci. A więc wyniki meczów. Ważnych i mniej ważnych. Sylwetki piłkarzy. Sylwetki sędziów. Plotki, ploteczki, spekulacje. Duża część gazety.

Z latynoskim podejściem do piłki nożnej zdążyłam zaznajomić się wcześniej – widziałam ją na ekranach wystawianych po południu na ulicę telewizorów. Kobiety i mężczyźni, mali i duzi, wszyscy oglądali mecze. Taksówkarze powoli sączący tereré, czekający na postoju Parada de taxi na swój kurs dnia, sprzedawczynie w małych sklepikach, przyjmujący zakłady loterii Montsol i zwykli mieszkańcy rozparci na krzesłach, odpoczywający przed domem. Bar, market i szkoła żyły właśnie przypadającymi spotkaniami. Nie tak dawno pojawił się w Asunción polski akcent – nasza drużyna przegrała z reprezentacją Paragwaju 4:0. Ponoć naszych piłkarzy zdruzgotał nie przeciwnik, ale klimat. Polonia paragwajska uszyła biało-czerwone flagi, zgromadziła się na trybunach, przyjechała specjalnie z innych zakątków kraju tylko po to, aby ujrzeć taką porażkę.
Niedawno porażkę odnieśli – o dziwo – również Brazylijczycy. Ich reprezentacja przegrała w Asunción 2:1. Strzelcem zwycięskiego gola dla Paragwaju był Ocampos. Mecz ten jest bez wątpienia wydarzeniem historycznym, ale nie chodzi tutaj o wynik, styl gry, czy ewentualną sławę i dalszą karierę piłkarza. Najważniejsze dla Paragwajczyków jest przełamanie bariery psychicznej, bariery starcia Dawida z Goliatem, starcia z Brazylią, która nie tyle jest tutaj odbierana jako trzykrotny mistrz świata, ale była krajem, który od wieków brutalnie ingerował w paragwajską historię.

Nie wiem, dlaczego Paragwajczycy obdarzają szaleńczą miłością ten właśnie sport. Skąd w nich tyle emocji, tyle zacięcia, tyle chęci do niekończących się komentarzy. Jest to zadziwiające, gdy weźmie się pod uwagę, z jakim spokojem przyglądają się innym aspektom życia, chociażby trudnym przemianom, które funduje im młoda demokracja. Podam przykład – na arcyważną manifestację zorganizowaną w obronie demokracji i dla uczczenia tragicznych wypadków z marca 1999r, podczas których zginęło siedem osób, przyszło około 15 tysięcy ludzi. Sądzę, że na mecz międzypaństwowy przychodzi ich kilka razy więcej. W czasie manifestacji, gdy tłum maszerował w stronę Parlamentu, aby podtrzymać ducha ludzie zachowywali się tak jak na stadionie – wysoki, starszy mężczyzna gwizdał na palcach w charakterystyczny, rytmiczny sposób, robił pauzę i w tym momencie wybuchał zbiorowy okrzyk – Paragwaj!!!! Mężczyzna znowu gwizdał i znowu ponad masy wznosił się okrzyk w podobny sposób przećwiczony przez wszystkich kibiców na świecie. Zapewne ludziom podobało się, że sportowy wiwat, w który wkładają całą energię zabrzmiał także podczas marszu, marszu będącego wyrazem protestu i hołdu dla zabitych.
Paragwajczycy, oprócz Ocamposa, mają swojego stałego piłkarskiego bohatera – bramkarza Chilaverta. Ten człowiek jest ubóstwiany i niemal czczony, nie tylko w Paragwaju. Codziennie w prasie można było znaleźć chociaż krótką wzmiankę, króciutki anonsik z jego ekscentrycznego życia. Jest to wynikiem fanatycznej miłości do piłki nożnej, ale także przejawem paragwajskich kompleksów. Niestety Chilavert zdaje się być jedynym, tak naprawdę, Paragwajczykiem, o którym przeciętny człowiek na przykład z Europy jest w stanie coś powiedzieć.

Krótko po przybyciu do Paragwaju udaliśmy się na pierwszy spacer Avenidą Kubitchek. Wszystko było dla nas nowe, świeże, atrakcyjne, więc zdaliśmy się na przypadek, na spacer przed siebie, nie domyślając się reguł, jakie obowiązują w upale. Szliśmy dość długo, nic się nie działo, ponieważ przez pewien czas widok zasłaniał długi czerwony mur z cegieł ciągnących się tuż przy chodniku. Ale nagle, tuż przy naszych głowach, wybuchły wrzaski – jakieś słowa rzucane gromkim, męskim głosem, co chwilę wzbijały się w górę, w rozgrzane powietrze. Po chwili mur skończył się i zagadka została rozwiązana: za murem odbywał się mecz piłki nożnej. Dwie drużyny dopiero rozgrzewały się do mającej nastąpić gry. Rozgrzewały się w powadze i skupieniu, co kontrastowało z paraliżującym upałem – było dokładnie południe. Wreszcie czerwono-niebiesko-biali stanęli na przeciw biało-niebieskim. Spotkanie prowadziło trzech sędziów ubranych w obowiązkową czerń, sędziowie liniowi trzymali kolorowe chorągiewki. Gwizdek – i mecz się rozpoczął. Przyglądałam się grze lekko speszona, ponieważ nie licząc Olguni byłam jedyną kobietą wśród zgromadzonych licznie mężczyzn. Panowie krzyczeli, podrywali się z ziemi, murku, przewróconego drzewa bądź drewnianej skrzynki; doping wzmagał się razem z ilością wypitego piwa. Drużyny walczyły o każdą piłkę i to od pierwszych minut gry, walczyły z niesłychaną, latynoską ambicją pokonania przeciwnika, ale także błyśnięcia, popisania się, zadania szyku, zaimponowania zarówno kibicom, jak i pozostałym graczom. Akcja przebiegała szybko: atak – kontratak, a wszystko w temperaturze powyżej 35 stopni Celsjusza, w temperaturze, w której nawet nie opłaca się pić, bo powoduje to jedynie większą potliwość. I dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że zawodnicy grali na piachu, nie na przygotowanym boisku, ale na żółto-pomarańczowym, piachu, na którym kredą wyrysowano linie boiska. Grali w jednakowych strojach i w butach, ale... cóż to były za buty! Zwykłe, stare, znoszone tenisówki, najnormalniejsze pepegi, w najlepszym razie stare adidasy. Te rosłe chłopiska walczące z wielką zajadłością o puchar okręgu, a może tylko ulicy grali w obszarpanych butach zbliżając się w ten sposób do chłopców z radością grających szmacianką, bynajmniej nie do luksusu najpotężniejszych drużyn. Grali z tym samym chłopięcym entuzjazmem i frajdą biegnąc do długiego podania, walcząc o swoje sekundy i z rozpaczą kwitując najmniejszą porażkę, a przecież zdarzały się one tak często, jak ugrzęźnięcie piłki w rdzawym, unoszącym się w powietrzu pyle i piachu.

Jeśli w telewizji nie oglądano meczów piłki nożnej – na ekranie gościła telenowela. Te same telenowele oglądają z zadowoleniem kobiety w Polsce – i jest zagadką, w jaki sposób dajmy na to wenezuelska produkcja przemawia do polskich gospodyń domowych. Myślałam, że to siła fikcji opartej na kilku uniwersalnych schematach. Ale ku swojemu zdziwieniu odkryłam, że świat telenoweli istnieje naprawdę! W gazecie Última Hora ta rzeczywistość przedstawiana była tuż obok piłki nożnej – w postaci zdjęć z najmodniejszych, najbardziej snobistycznych i wyselekcjonowanych asunsjońskich knajp. Na zdjęciach widać było pozujące gromadnie młode, kilkunastoletnie dziewczyny, mocno wymalowane i ubrane zgodnie z modą, jaką zaobserwowałam właśnie w telenowelach! Ta sama przemyślana elegancja, ten sam gatunek lux fatałaszków i nienaganne dopasowanie szmatki do gibkiego ciała, te same głębokie spojrzenia sugerujące bogactwo wnętrza. Ubrania świeciły się, kociaki wdzięczyły do gazetowego fotografa. Na tym polegał sprawdzony pomysł – dziewczyny były zachwycone, ponieważ gazeta publikowała zdjęcie łącznie z imiennym podpisem – redaktorzy wiedzieli, że nazajutrz sfotografowana wraz z rodziną pobiegną kupić numer. Tę taktykę stosowała zresztą nie tylko Última Hora. Tak więc codziennie oglądałam kilka stron z fotografiami, które nic mi nie mówiły i tym bardziej zwracałam uwagę na trochę cukierkowaty wystrój oraz nieco nienaturalne pozy przyjmowane przez modelki-amatorki. Największym zaszczytem było jednak sfotografować się w ramionach ukochanego. Takie zdjęcie odpowiednio powiększone i podpisane, wyróżniało się natychmiast. Jak pięknie brzmiał podpis: Marian Balmelli y Alejandro Lamonaca, super elegantes. Lub: Romina Ramirez, muy bien acompañada por Sebastián Alderete, en el Shopping del Sol. Mężczyźni, z reguły szczupli, wręcz chudzi, średniego wzrostu obojętnie w jakim wieku wyglądali młodo, nie więcej niż na trzydzieści lat, również przykładali wielką wagę do stroju – wkładali błyszczące, różowe koszule rozpięte na owłosionej piersi, czarne włosy zaczesywali pod górę i często smarowali brylantyną. Ubierali spodnie starannie wyprasowane przez służące, na plecy jako wyraz nonszalancji zarzucali mięciutki, kosztowny sweter. Całość dopełniały mokasyny z frędzlami z nieodłącznymi białymi skarpetkami i obfita woń perfum. Tak przynajmniej ubierał się Ricardo. W naszym pojęciu był to styl niemęski lub dosadniej mówiąc zniewieściały. Ale dla Paragwajczyków przeciwnie – to Leszek ubrany zwyczajnie, wygodnie, po europejsku prezentował się niemęsko. Nie przyciągał uwagi kobiet, nie był dla nich obiektem podziwu i pożądania. Nie starał się podkreślić za wszelką cenę własnej atrakcyjności. Nie przebierał się kilkakrotnie w ciągu dnia, tak jak czynił to nasz gospodarz. Ricardo mógł sobie na to pozwolić. Mógł sobie pozwolić także na pewną końcową nonszalancję w postaci zarzuconego niedbale na plecach swetra, ponieważ pochodzi z Argentyny.

W powierzchni Argentyny zmieściłoby się kilka Paragwajów i spora część Europy. Ricardo urodził się i wychował w Buenos Aires zwanym Paryżem Ameryki Południowej. I ten fakt dawał mu już silną pozycję przy wejściu, pierwszym spotkaniu z nowymi ludźmi. Ricardo nie musiał mówić, zabiegać, starać się o cokolwiek. Niezauważalnie omijał ten etap, zawsze stał o jeden stopień wyżej. Wystarczało, że był, przechodził obok, z daleka przypatrywał się towarzystwu. Zamyślony, nieobecny, ponad światem – jednym słowem - Argentyńczyk. Oczywiście Paragwajczycy nie znoszą Argentyńczyków, wiele wycierpieli przeciwstawiając się zaborczym chęciom swojego sąsiada i wielkim wysiłkiem utrzymali niepodległość; tym niemniej czuje się wiszący w powietrzu podziw, podświadomy zachwyt atmosferą Argentyny i coś w rodzaju zrozumienia, dlaczego Argentyńczycy są, jacy są. Nie na darmo Witold Gombrowicz jako miejsce emigracji wybrał Buenos Aires.
Prawdę o Argentyńczykach oddaje żartobliwa pocztówka, która wpadła mi w ręce w Asunción – przed lustrem stoi wpatrzone z zachwytem w swoje odbicie maleńkie kociątko, wątłe i nieporadne, ale niewątpliwie śliczne. Odbicie jednak nie przedstawia kotka. W lustrze widać potężnego, dumnego lwa, ponieważ ten maleńki kociak tak chce siebie widzieć – w roli istoty doskonałej, królującej nad otoczeniem, choć w rzeczywistości jest wymagającym opieki słodkim, grzecznym ułożonym stworzonkiem.