Reportaże

 

Supermercado

Supermercado. Supermarket. Nazywa się Icuá Bolaños. Tłum. Ciasnota. Półki, ułożenie produktów jak w każdym markecie, ale jest jakoś swojsko i bardziej ruchliwie. Mało wolnej przestrzeni, niewiele reklam, tablic, bilboardów, chociaż to samo, co wszędzie – te same nazwy, firmy, opakowania. Ludzie kłębią się, popychają, potrącają. Tłoczą się przy dwóch stoiskach – z mięsem i obok – z warzywami.

Mięso – wołowina - narodowe złoto, amerykańskie zagłębie hodowlane – ludzie kupują każdą ilość, połacie czerwonego mięsa, wielkie bryły zapakowane w ogromne wory zajmują prawie całą przestrzeń marketowego wózka. To nawet nie kilo, ale kilogramy chabaniny, nie przetwory – kiełbasy, wędliny, ale najprawdziwsze kawały krowich cielsk - długie żebra, flaki, jęzory, wątroby. Najbardziej dziwne zjawisko to rzeźnia. W centralnym punkcie marketu, na samym końcu, gdzie w Polsce wyłożone jest pieczywo (człowiek kupujący – udając się po chleb musi przejść obok długich rzędów półek, chcąc nie chcąc wrzuci jakiś niepotrzebny drobiazg do koszyka) znajdują się oblężone stoiska mięsne. Tuż za nimi, za plecami sprzedawców otwiera się hala rzeźni, prawdziwa sala, gdzie uwijają się rzeźnicy, ogromnymi piłami i nożami tną zawieszone na hakach półtusze, przekładają odrąbane kawały mięsa na stoły i nożyskami dokonują dalszej obróbki. Ściany, blaty, fartuchy rzeźników uwalane są krwią, świeżą, czerwoną. Klienci ustawieni w kolejkę po mięso widzą dokładnie rzeźnię, a mimo to nie znać na ich twarzach żadnej reakcji, emocji. Ta, jednak barbarzyńska czynność, jest pożądana, akceptowana i w jakiś sposób uświęcona.
Market pachnie. W powietrzu unosi się charakterystyczny zapas krwi mięsa pomieszany z zapachem proszków i dezodorantów, na tyle natrętny, że nie można od niego uciec i towarzyszy długo po wyjściu ze sklepu.

W sklepie pełno dzieci – od maluchów ledwo urodzonych, leżących bezradnie w specjalnych dostawkach na wózki (jeśli dziewczynki - mają już przekłute uszy, a w nich złote kolczyki), po rozkrzyczaną dzieciarnię szkolną. Dzieciaki z jednego jaja – ciemna karnacja, kruczoczarne często kręcone włosy, piwne oczy a w nich błysk połączony z szelmowskim uśmiechem. Dziatwa krzyczy, biega, ściąga z półki produkty, powiększa zamieszanie. Chłopcy węszą, szykują się do psot – ciągną za koszulki, włażą pod wózki. Jakże z nimi wesoło i sympatycznie! Nie ma dla nich zbyt wielu atrakcji, promocji itd., ale to nie przeszkadza w ogólnej radości. Ich mamy, señoras – takie młode, takie zgrabne mimo ze wożą jedno w wózku, drugie biegnie trzymając się maminej spódnicy, trzecie idzie grzecznie za rękę. Dziewczyny rodzą młodo, bardzo szybko decydują się na dziecko. Paragwaj to przede wszystkim wszechobecne dzieci.
Jesteśmy biali, czyli – jak pisze Ryszard Kapuściński – jesteśmy obcy. Tak biali, że aż strach spojrzeć w przypadkowe lustro i przyrównać się do tubylca. Nie ma Metysa, który by się za nami nie obejrzał, nie zaczepił, nie próbował nawiązać rozmowy. Ich gesty są bardzo sympatyczne i szczere, ale jednak wolelibyśmy zniknąć w tłumie, zmieszać się z mieszkańcami, być w równej pozycji. Zwłaszcza nasza niña Olguta budzi podziw. Kobiety nie mogą nadziwić się jej blond włoskom i szarym oczkom. Wykrzykują głośno na ulicy; qué guapa, qué linda, qué bonita, qué rubia (ładna, śliczna, blondyneczka itp.)
Przed marketem kwitnie handel uliczny. Handlują bananami, warzywami, plastikową tandetą. Ale nie polega to na tym, że mężczyzna od bananów ma ich większą ilość, nie – on trzyma kiść, pęk dziwnych, tutejszych owoców – to jest jego towar na sprzedaż. Zresztą banany, grejpfruty, pomarańcze są tu jakoś tak niechciane, pogardzane. Na przykład z pomarańczy wyciska się jedynie sok. (Przypominają z wyglądu te ohydztwo kubańskie ze stanu wojennego, ale w smaku dobre.) Może jedynie ananasy są docenione. Piękne, dorodne sztuki, tak normalne tutaj jak u nas jabłka kosztują 2000 guarani, czyli ok. 2 zł. Kupujących brak i praca polega raczej na siedzeniu na drewnianej skrzynce i piciu mate albo jeszcze lepiej – tereré. Mate albo odmiana tereré, czyli specjalne zioła zalewane zimną wodą są wynalazkiem i dumą Paragwaju. Prawie nikt nie pali papierosów, na ziemi brak niedopałków, za to prawie każdy bez względu na wiek ciągnie przez metalową rurkę, bombillę, mate z kubeczka w kształcie rogu. Kubeczek uzupełnia się wodą, więc ludzie wszędzie taszczą wielkie termosy.
Market jest niedaleko naszego domu. Leszek bierze Olgutę na barana, ja kładę zakupy na wózek i tak obładowani wracamy do siebie. Nie jest to łatwe, bo nie ma chodników! Jakieś betonowe podjazdy, jakieś kawałki murów, wszędzie prowizorka. Więc Paragwajki noszą ten roześmiany przychówek na sobie, na tak zwanym biodrze.

Upał katuje, ale jednocześnie wyzwala większą więź w ludziach. Człowiek widzi, że jego bliźni poci się w ten sam sposób. Jest o czym pogadać – qué calor! (jak gorąco!), wspólna fizjologia dla biednych i bogatych. Dlatego trzeba łapać każdą noc, każdą chwilę chłodu, bo już jutro zacznie się na nowo – nagrzana wilgoć, parne powietrze wdzierające się w zakamarki ciała. Tutaj moje obserwacje są zgodne z obserwacjami Pana Kapuścińskiego. Poza dwiema rzeczami – po tygodniu człowiek się przyzwyczaja, ciało dostosowuje się do klimatu i nawet zaczyna być zimno w nocy i trzeba się nakryć (prześcieradłem). Po drugie – życie w tropikach jest bez porównania lepsze niż życie w zimnie (zwłaszcza, gdy piękne zimy ze skrzącym w słońcu śniegiem należą już raczej do przeszłości).