Reportaże

 

Ulice Asunción

Asunción to wielka kratka. Takie ma się wrażenie po pierwszym spojrzeniu na plan miasta. Prawie wszystkie ulice krzyżują się pod kątem prostym, a więc są albo równolegle albo prostopadłe. Dzięki temu łatwo poruszać się samochodem i nie trzeba za bardzo przejmować się nieznajomością topografii miasta.
Prawdziwie głównych i ważnych ulic jest zaledwie kilkanaście. Porządkują one miasto na mniej lub bardziej regularne kwadraty. Jadąc taksówką należy podać nazwę docelowej ulicy i najbliższą ulicę poprzeczną. W naszym przypadku brzmi to tak: calle dr Morquio, tu mieszkamy pod numerem 668 (sąsiedzi maja numer 500 i trochę. Gdzie podziała się brakująca setka nie wiemy), casí Teniente Lopez. Zdążyliśmy się przyzwyczaić, że co drugi taksówkarz, mimo że mieszkamy nie tak daleko od centrum, nie ma pojęcia, dokąd jechać, dlatego należy dodać „przy Avenida dr Eusebio Ayala”, która jest właśnie najbliższą nam główną ulicą. Ulice noszące tajemniczo brzmiące nazwiska doktorów lub poruczników (teniente) są bardzo powszechne. Najważniejsze noszą imiona marszałków (np. Mariscal Solano López) i prezydentów. Ulica dr Eusebio Ayala jest jedną z głównych ulic. Rozcina ona miasto prawie dokładnie przez środek i tworzy w ten sposób linię graniczną między północną i południową częścią Asunción. Wystarczy iść ulicą Ayala, żeby zagłębić się aż do centrum i wystarczy iść w przeciwnym kierunku, żeby opuścić miasto. Iść wyłącznie przed siebie, w linii prostej, bez żadnego zakrętu, załamania, wzniesienia. Użyłam słowa iść, ale ono nie oddaje właściwego stanu rzeczy. Iść jest bardzo trudno, gdy ma się przed sobą spacerówkę parasolkę z Olgutą i jest około 35 stopni.

Fenomenem ulicy Ayala jest zawartość sklepów. Wszystkie mniejsze, większe, bardziej lub mniej luksusowe sprzedają meble. Meble eleganckie, bardzo dobrej jakości, zgodne z obecną moda, zrobione z gustem, z fasonem. Kanapy, stoły, krzesła, sypialnie, meble kuchenne, pełne wyposażenie łazienek od marmurowych kafelków po bidety w każdym kolorze. Sklepy te mieszczą się w jedno, dwupiętrowych budyneczkach, odrapanych, zbudowanych jakby w pośpiechu i z jak najtańszych materiałów, bez głębszego zamysłu architektonicznego. Wobec tego mebli w całości nie da się zmieścić w niedużych sklepach, więc cześć wystawiona jest na pobocze ulicy, na coś w rodzaju chodnika. Co to znaczy coś w rodzaju chodnika? Otóż właściciel każdego sklepu na własną rękę wylewa beton, kładzie namiastkę bruku albo cokolwiek innego bądź nie kładzie nic. Daje to niesamowicie skomplikowaną plątaninę schodków, murków, dziur, płyt chodnikowych, uskoków, kałuży, kamieni, piachu. Pchając przed sobą wózek muszę lawirować nie tylko między wystawionymi kuchenkami gazowymi, wielkimi wentylatorami czy fotelami, ale także pokonywać liczne chodnikowe przeszkody. Nie mogę ani na chwilę przestać być czujna, bo obie z Olguta stracimy równowagę i dojdzie do wywrotki. Jesteśmy białe, dziecko o blond włosach i szarych oczach jedzie w wózku, których się prawie tutaj nie używa, przechodnie nieustannie nas obserwują, więc byłaby to okropna kompromitacja.

Na ulicy Ayala asfalt położony jest nierówno, łaciato; miejscami wyłania się stara kostka brukowa, pojawiają się także fragmenty czerwonej, rdzawej ziemi. Zewsząd słychać huk i warkot silników oraz intensywny zapach benzyny taki, jaki pamiętam z dzieciństwa zanim do Polski nie dotarła benzyna bezołowiowa. Pędzą samochody – stare, rozklekotane tracki często bez jednego reflektora lub pozbawione szyb (widziałam nawet samochód, który nie miał całkowicie przodu), za to na pace wiozą roześmianą, paragwajską młodzież. Auta kanciaste, z lat 70tych, poobijane, wysłużone, z dziurami w karoserii. Nie są one jednak pozbawione całkowicie wartości. Widziałam mnóstwo samochodów, które już dawno oddane zostałyby na złom w Europie, a tutaj na dachu mają postawioną dumnie wyraźną tabliczkę vende – na sprzedaż. Na drugim biegunie niemal bezszelestnie przemykają lśniące, wyposażone w klimatyzację, wypolerowane ostatnie krzyki motoryzacyjnej mody. Brakuje etapu pośredniego, dobrych, używanych wozów. Tylko skrajności. Widać też dużo jeepów i wielką miłość kierowców – volkswageny Garbusy. Zazwyczaj ten sympatyczny samochód, niemiłosiernie oblepiony nalepkami, jest lekko zdezelowany. W huku, upale i hałasie kierowcy przez otwarte okna wymieniają głośne pozdrowienia i pokazują wzniesiony w górę kciuk na znak, że wszystko w porządku.

Przez pewien czas odcinek Avenida dr Eusebio Ayala był zamknięty i poddany remontowi. W tak gorącym klimacie najpierw kładzie się równy, betonowy podkład, ponieważ bez niego asfalt miękłby jak masło. Komplikowało to szalenie ruch uliczny, ale jednocześnie stworzyło się coś w rodzaju bulwaru, ponieważ ludzie korzystali w ten sposób z dogodności chodzenia po płaskiej nawierzchni i ja także mogłam prowadzić wózek bez wysiłku. Część robotników pracowała, ale tuż obok ich koledzy nie robili nic, siedzieli rozmawiając z obowiązkowym kubkiem tereré w ręku. Nikomu się nie spieszy, by ukończyć remont, nawet wieczorem, gdy nie ma słońca nadal jest gorąco, a tutaj temperatura wyznacza prędkość pracy.

Avenidę dr Eusebio Ayala ozdabiają pstrokate, wymalowane w przeróżne linie i barwne wzorki autobusy komunikacji miejskiej. Pędzą stadami – po pięć, sześć nawet dziesięć z niesłychaną szybkością, dużo szybciej niż samochody osobowe. Mój ulubiony autobus z bajecznie kolorowym napisem San Fernando jest skrzyżowaniem TIRa, a raczej kabiny kierowcy TIRa i starego ogóra - Jelcza. Owszem, są przystanki, ale jeśli wyjdzie się na ulicę i machnie ręką, autobus stanie. Częste jest także zapierające dech w piersiach wsiadanie i wysiadanie pasażerów w biegu. Gdy autobusy przystają czekając na zmianę świateł, co jest rzadkie, bo poza ścisłym centrum nie ma ani świateł, ani pasów, ani nawet linii ciągłych, nie mówiąc o sygnalizacji świetlnej, natychmiast podbiega do nich tłum handlujących, pakujący się zawzięcie do środka. Handlarze wsiadają przednimi drzwiami po kolei, gęsiego i po chwili chmara próbująca sprzedać cokolwiek defiluje wąskim korytarzem wewnątrz autobusu, po czym wysiada tylnym wyjściem. Chłopak handlujący napojami w puszkach z wetkniętymi w nie słomkami. Chłopak handlujący gazetami, np. Última Hora (w dosłownym tłumaczeniu - Ostatnia godzina. Ciekawe, czy pismo z takim tytułem przetrwałoby w Polsce?) lub dziennikiem ABC Color. Kobieta z naręczem jakiegoś zielska. Mężczyzna z gumami do żucia. Mężczyzna z futerałami do telefonów komórkowych. Ci z pomarańczami i ananasami. Ci z długopisami. Czyściciele okien (włażą na maskę autobusu i myją). Chłopak z plastikowymi pistoletami i rzadko ci z papierosami (paczki zawierają tylko 10 sztuk papierosów). Ta gromada musi bardzo szybko obsłużyć autobus, co wymaga niezłej kondycji. Dlatego, gdy ruch powraca wraz z zielonym światłem, handlarze wyskakują i stają z powrotem na poboczu, rozsiadając się a to na składanym krześle, to na kawałku muru z powrotem pijąc tereré. Upał ma swoje prawa, trzeba oszczędzać siły.
Ulica jest brudna – na jej skrajach walają się śmieci, których nikt zdaje się nie sprzątać. Jest to dziwne, ponieważ ze względu na klimat śmieci domowe wystawia się przed bramę na specjalny stelaż i są one błyskawicznie usuwane.

Najciekawsze jednak są wraki samochodów. Na poboczu ulicy Ayala, co krok spotykam wybebeszone ze wszystkiego, co dało się wynieść, stalowe konstrukcje przewrócone na bok, ustawione do góry nogami, a raczej kołami, których często już od dawna nie ma. Przypominają objedzoną padlinę, z której pozostał jedynie szkielet. Na początku bardzo mnie to dziwiło, teraz widok rozkładających się gratów spowszedniał. Nikt nimi się nie przejmuje, są jakby wizytówką małych i dużych ulic Asunción.