Reportaże

 

Uliczki Asunción

Ponieważ Avenidą Eusebio Ayala czy Fernando de La Mora trudno jest spacerować często wybieram na przechadzkę mniejsze, za to lepiej utrzymane uliczki.

Wciąż zaskakuje mnie wszechobecny kolaż, to specyficzne tutejsze połączenie brzydoty i piękna, zmieszanie bogactwa z biedą. W Asunción nędza, schludność, prowizorka i solidność przeplatają się ze sobą w najprzeróżniejszych kombinacjach wszystkiego, chociażby domów, domków i nawet czegoś w rodzaju lepianek. Zdaje się panować jakaś logika, widać wspólne elementy architektoniczne, patrząc z grubsza ulice i dzielnice są podobne do siebie. Ale wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tutejszych wynalazków i mimo że codziennie je widzę, spotykam, zwykle jestem zaskoczona. Jednym z nich jest wynalazek mający chronić dom przed złodziejami – w mieście bardzo popularne są wysokie mury oddzielające posesje. Na ich szczycie, wetknięte w beton błyszczą resztki butelek. Potłuczone zielone szyjki i denka, mniejsze lub większe kawałki szkła sterczą groźnie jak zęby rekina i mienią się w słońcu.

W Asunción przeważają najwyżej dwu, trzypiętrowe domki. W co biedniejszych nie ma nawet okien. Po prostu jest wnęka na okno, dziura w murze wieczorem przysłaniana okiennicą. Przykładem wspólnej egzystencji najróżniejszych budynków może być nasz piękny dom przy calle dr Morquio. Sąsiaduje on z dużo uboższym, mniej zadbanym, a tuż za tym ostatnim, w gruzach czegoś zburzonego usytuował się warsztat samochodowy. Pod byle dachem stoją mocno doświadczone samochody, między nimi wznoszą się kupy gruzu, gra głośna, latynoska muzyka, pracownicy siedzą przy stoliku i wolno popijają tereré. W warsztacie jest kanał przeznaczony dla samochodów pomocy drogowej. Co jakiś czas widzę zaparkowany na nim taki specjalny samochód. Nie byłoby w nim nic ciekawego, gdyby nie jaskrawe napisy odbijające od czarnej karoserii. Wszystkie dotyczą społecznych nieszczęść. Moim ulubionym jest: ALCOHOLISMO – PRÓLOGO A LA TRAGEDÍA.

Asunsjońska uliczka tonie w zieleni. Najdziwniejsze drzewa, krzewy, kłącza i bluszcze wylewają się z ogródków, balkonów, poboczy, chodników. Rośliny wymagające w Polsce troskliwej pielęgnacji tutaj rosną bez wysiłku, byle gdzie. Nasycają powietrze zielenią, pięknie kontrastują z błękitem nieba. Stan ogrodu zależy od zamożności właściciela. Można zobaczyć palmy zbite celowo w olbrzymie, wielometrowe kępy i nocą podświetlane od dołu specjalnymi reflektorami, co pogłębia wrażenie ekskluzywności, gdy zielonkawo-białe światło wbija się w czarne niebo, i można spotkać chaotyczny gąszcz, plątaninę zarastającą nie tylko dom, ale i całe obejście. W jednej z takich mini-dżungli (znajdującej się przy arcyważnej głównej ulicy Kubitcheck. Arcyważnej, ponieważ dalej jest ambasada amerykańska, lepiej byłoby powiedzieć: twierdza) ujrzałam specyficzny garaż. Właściciel samochodu zbudował drewnianą konstrukcję, która obrosła zielskiem. Dzięki temu jego maleńki Volkswagen Garbus zdaje się stać w liściastym szałasie.

Spacerując z Olgunią uliczkami Asunción zwracałam uwagę na szyldy, niezrozumiale napisy namalowane na murach, na ścianach, na deskach. Nie zauważyłam nowoczesnych bilbordów, neonów, podświetlanych tablic, żadnej agresywnej reklamy, ale jest ona właściwie zbędna. Napisy, slogany miały wiele uroku; hiszpańskie wyrazy, brzmienie słów na długo zapadło mi w pamięć, chociaż często nie wiedziałam, co oznaczają. Jak nie pójść do fryzjera, po hiszpańsku zwanego pięknie peluqería, który oferuje usługi dla DAMAS CABALLEROS NIÑOS NIÑAS Y BEBES?.

Życie Paragwajczyków toczy się na podwórku lub na ulicy. Zazwyczaj ludzie wystawiają przed dom lekko zdezelowane fotele albo krzesła, stoły, stoliki i godzinami siedzą tocząc niekończące się rozmowy. Kubek z tereré, czyli zalanej zimną wodą yerba mate krąży z rąk do rąk, jak fajka pokoju - każdy pociąga łyk i podaje dalej. Rytuał, tradycja, paragwajski obyczaj? Tak, ale wchodzą w grę również względy praktyczne. Powoli sącząc cierpkie tereré nie czuje się pragnienia, ani głodu. Na maleńkiej skrzyneczce gra wyciągnięty z domu telewizor, kable biegną w poprzek chodnika. Przechodząc zerkam ciekawie w odbiorniki. Najczęściej widzę transmisję meczu piłki nożnej lub mydlaną operę. Naprzeciw jednego z kin sprzedawcy z okolicznych szczęk oglądali właśnie w taki sposób telewizję, dokładniej tutejszą Pamelę bądź Esmeraldę. Oglądającymi byli sami mężczyźni a rzeczywistość serialowa wzbudzała w nich wiele emocji. Kiedyś widziałam regularny mecz siatkówki – siatka była rozpięta w poprzek jezdni.

Mecze, rozmowy i oglądanie telewizji obserwują sympatyczne, wszechobecne kundle. Napisałam obserwują i to słowo oddaje właściwy stan rzeczy. W wysokiej temperaturze zwierzaki zachowują się zupełnie inaczej niż u nas. Psy rezygnują z wszystkich psich zwyczajów i całymi dniami apatycznie leżą w cieniu przyglądając się życiu ulicy.

Kiedy ktoś chce przyjść do domu, a właściciele nie siedzą przed budynkiem, przystaje i dwukrotnie klaszcze. Jeśli nie otworzą – klaszcze do skutku. Jest to bardzo dobry system, zastępuje nasz dzwonek, choć pozostaje tajemnicą, w jaki sposób w ulicznym harmidrze gospodarze słyszą klaśnięcie gościa.

Spaceruję z Olgutą, jest pora popołudniowa. Na ulicach pojawiają się uczniowie wracający ze szkół. Każda dziewczyna i każdy chłopak bez względu na wiek chodzi do szkoły ubrany w mundurek. Nie jest to prosty mundurek - fartuch zakładany na codzienne ciuchy. Jest to specjalne ubranie – dziewczynki noszą białe bluzki z długim rękawem, granatową lub szarą plisowaną spódniczkę i obowiązkowe długie, białe kolanówki. Chłopaki – spodnie z materiału wyprasowane na kant i białe koszule. Efekt jest niezwykły – nagle spotyka się paragwajską młodzież (zwłaszcza piękne, młode kobiety) ubraną zgodnie z wymogami ich szkoły i zawsze starannie, z szykiem. To piękne wrażenie także kontrastuje z prowizorką chodnika, domu, czy całej dzielnicy.
Napisałam, że mundurki są wyprasowane. Brzmi niewinnie, ale ileż wymaga pracy! W gorącu źle się prasuje – w powietrzu pełno rozgrzanej wilgoci, materiał jest miękki, rozlazły. Żelazko zdaje się powiększać upał, po plecach płyną już nie strugi potu, ale wody. Do tego dochodzi dłuższe stanie w jednej pozycji. Koszmar.

Co kilkanaście minut natykam się na wędrującego ulicznego sprzedawcę. Nie jest to sprzedawca autobusowy, czy samochodowy. Jest to wędrujący ulicami mężczyzna z wielkimi, wypchanymi torbami. Sprzedawca przemierza swoją trasę w równym tempie, skupiony, nieobecny myślami. Zachwala swoje towary, ale jest to chwalenie mechaniczne, automatyczne, powtarzane codziennie wzdłuż wytyczonej wcześniej trasy. Sprzedawca wie, że kupi u niego jeden na kilkudziesięciu mijanych ludzi i dlatego oszczędnie używa głosu. Niejako istnieje obok swej pracy. Wszystko u niego jest praktyczne, jeśli handluje kablami, to ma je owinięte wokół szyi, jeśli sprzedaje ciastka chipy, stawia wiklinowy kosz na głowie, by łatwiej nieść. Dobrym pomyślunkiem wykazał się sprzedawca skarpet. Niósł dwa wielkie, ciężkie worki na długiej żerdzi. Tyczkę oparł na ramieniu i jeden worek miął przed sobą, a drugi w tyle. Stare, dobre koromysło. Taki sprzedawca zatrzymuje przechodniów i proponuje (byłam często natarczywie zatrzymywana, ponieważ jestem gringa, w domyśle bogata norteamericana) swoje towary. Rozumiem handel futerałami do telefonów komórkowych, ciastkami – chipa, owocami, zegarkami, perfumami, tajemniczymi ziołami. Ale zawsze odbiera mi mowę, gdy handlarz uliczny proponuje mi wiertarkę, krzesło ogrodowe (taszczy kilka pod pachą), ozdobne poduszki, kapelusze kowbojskie lub ogromne obrazy z wizerunkiem Świętej Rodziny. Nawet jeślibym kupiła, jak donieść do domu?

Kiedyś wyszłam przed nasz dom i bezmyślnie chwilę patrzyłam na uliczkę. Ulicą szła kobieta, boso, co nie jest tutaj niezwykłe, ubrana normalnie, w spodnie i koszulkę z krótkim rękawem. Na głowie niosła wielki niebieski worek z mięsem. Niebieski worek z napisem Icuà Bolaños – właśnie w taki worek pakuje się zakupy w pobliskim markecie. Plastikowy worek ociekał wewnątrz krwią i dokładnie oblepił wielkie bryły mięsa. Musiałam zamknąć oczy, nie wierzyłam w to, co widzę. Ale gdy otworzyłam, kobieta nie zniknęła. Dalej szła przed siebie, boso, niosąc na głowie niebieski worek z kilogramami czerwonego mięsa.

Takim samym, napotykanym przeze mnie po drodze tajemniczym zjawiskiem są policjanci, a ściślej rodzaj ich służby polegający na pilnowaniu. Zawsze tylko jeden policjant strzeże bank, kawiarnię, sklepik, czy zwyczajne biuro. Jego praca polega na staniu pod budynkiem, prawie dotykaniu plecami ścian lub szyb wystawowych. I ten strzegący filię znanego banku, i ten spod podrzędnego biura ubrani są w eleganckie mundury. Czasami nie jest to już mundur, ale jakiś rodzaj liberii. Chodzimy z przyjaciółmi do Café Literario, w której w każdą środę zbiera się grupa literacka Stół Borgesa. Przed kawiarnią służbę pełni strażnik z żydowskiej agencji ochrony GENESÍS. Całe wieczory i noce przechadza się pod oknami kawiarni w tę i z powrotem, na odcinku dwudziestu metrów. Na głowie dumnie nosi czapkę wzorowaną na czapce amerykańskiego policjanta. Ma na imię Martín i chętnie opowiada o pięciorgu swoich dzieci.

W powietrzu wisi epidemia dengue. Wszędzie biją w oczy plakaty informujące o zagrożeniu, walają się ulotki. W marcu, codziennie, nasz gospodarz, Ricardo, informował nas, ile jest ofiar śmiertelnych. Dwie, potem pięć, potem dziewięć, potem dwanaście, a potem gospodarz przestał. Gdy przyjechaliśmy, jego żona właśnie chorowała na dengue. Ale co to jest dengue? Jest to choroba malaryczna przenoszona przez moskity, a dokładnie przez niejakiego Aedes Aegypti – przywleczonego na statkach z Afryki. Dengue charakteryzuje się bólem głowy, mięśni i wysoką gorączką, czyli jest to prawie nasza grypa. Nie ma konkretnego lekarstwa, trzeba chorobę odleżeć. Na początku naszego pobytu w Asunción wiedziałam, że dengue przenoszą komary, ale samych komarów nie widziałam. Dopiero po trzecim tygodniu zaczęłam je dostrzegać. Są o połowę mniejsze od polskich, nie brzęczą tym psychodelicznym dźwiękiem, który wydobywa mnie z łóżka i każe polować na intruza. Są i nie są jednocześnie. Gryzą i to często, ale ukąszenie jest mniej bolesne i krócej swędzi. Dengue, jego nieustająca obecność, jest częścią tutejszej, magicznej rzeczywistości, wszechobecnym zagrożeniem. Potęguje atmosferę dziwności. Coś, co jest, a czego jednocześnie ma – tak jak ogromne, betonowe szkielety wieżowców w centrum Asunción.