Reportaże

 

The U.S.A.

Antykwariat wyłonił się dla nas jak błogosławieństwo. Długo błądziliśmy z mężem przemierzając zakamarki Asunción w poszukiwaniu jakiejkolwiek księgarni lub miejsca, gdzie można obejrzeć książki. Nic. Pustka. Mijaliśmy ekskluzywne sklepy z odzieżą, obuwiem, zabawkami oraz wszelkiego rodzaju restauracje, jednak nigdzie nie było nawet śladu księgarni, tak jakby w Paragwaju nie czytano książek. Powoli ten zadziwiający brak stawał się dla nas coraz większą tajemnicą i przeistaczał w lekką obsesję. Rozpaczliwie szukaliśmy czegokolwiek, choćby namiastki, choćby największej książkowej tandety.

Nie znaczy to, że Asunción nie oferowało nic do czytania. Znajome z Polski stragany szczęki, w których handlowano prasą, dosłownie oblepiły główne ulice. Tak, tutaj towaru było w bród – od wszelkich rodzajów poważnych, amerykańskich czasopism, po bardziej lub mniej zakamuflowane świerszczyki, ale nam marzył się świat literatury iberoamerykańskiej, tak skrzętnie zbierane w Polsce pozycje, które tutaj można było zdobyć w oryginale. Niecierpliwie przemierzaliśmy główne ulice, Palmę, Estrellę, Chile... I tak trafiliśmy do antykwariatu.

Idąc chodnikiem rozglądawszy się niecierpliwie na prawo i lewo, nieomal w ostatniej chwili dostrzegliśmy olbrzymiej postury kobietę. Nad chodnikiem zamontowano na metalowych rurkach tworzących rodzaj rusztowania, dużą czarną plandekę. Dzięki temu powstał plastikowy namiot ocieniający rozległy fragment bruku. W perspektywie rozgrzanej ulicy ów namiot wyłonił się jak oaza, długo poszukiwany wodopój, więc czym prędzej wgłębiliśmy się w jego chłód, łaskawie podarowaną ochronę przed słońcem i wtedy nasz wzrok padł na nieruchomą postać kobiety. Siedziała pod rozpiętą plandeką doskonale niewidoczna z daleka. Nieruchoma dama uformowana w kolosalną bryłę, której głowa zdawała nie oddzielać się od tułowia, a szyja zaniknęła, jakby utopiła się w napęczniałym tłuszczu, w momencie gorączki, zawieszonego wysoko słońca zaistniała tak ostatecznie, jak koniec świata. Kobieta siedziała za biurkiem jakby chroniąc pomieszczenie za plecami, ciemną jamę, pieczarę prowadzącą w głąb kamienicy. Chociaż nie było wystawy, dużych szyb i zachęcającej dekoracji, wyglądało to jak sklep. Bezpośrednio z chodnika wchodziło się do wewnątrz, przy czym rodzajem wystawy, wprowadzenia w charakter miejsca zdawała się być właśnie monstrualna señora. Starałam się znaleźć jakieś rozwiązanie tej sceny, prawidłowe odczytanie sytuacji, ale nie mogłam skupić myśli, tak bardzo skoncentrowałam się na poszukiwaniach, całkowicie zdeterminowałam na dalszą wędrówkę. Niezaplanowany postój momentalnie zdwoił strumienie potu na plecach. Trwał we mnie brak myśli, brak skojarzeń, brak zdziwienia, chociaż słońce nie stało już w zenicie. Minęła dłuższa chwila, gdy dostrzegłam przymocowane pod plandeką gazety. Wydawało się jasne, że kobieta - niczym Cerber - strzegła kolejnego sklepiku z gazetami. Pudło. Już chcieliśmy się oddalić, gdy wybiegł do nas Gustavo.

Takiej spontanicznej radości, szaleńczego entuzjazmu, takiej gestykulacji i zadowolenia z naszej wizyty nie okazały nam w Paragwaju nawet najbardziej zakochane w Olguni señores. Był to zachwyt oszałamiający, niewymuszony, całkowicie naturalny. Chłopak sprawiał wrażenie człowieka, który doczekał się upragnionej wizyty arcyważnych gości. Kręcił się w miejscu, wybuchał śmiechem i mówił, mówił, mówił. Powstało cudowne zestawienie – olbrzymia señora przyglądała nam się życzliwie zza biurka, z uśmiechem, ale absolutnie nieruchomo, natomiast Gustavo nie mógł się zatrzymać, uspokoić mimiki i spontanicznych gestów. Poza tym nie różnił się wiele od paragwajskich chłopaków – niewysoki, szczupły i ciemny – doskonale komponował się z mrokiem plandeki. Jego piękne, duże, czarne, metysie oczy jeszcze bardziej rozbłysły, kiedy zorientował się, że chcemy obejrzeć sklep. Wymagało to z naszej strony wyobraźni oraz gibkości, ponieważ wejście zastawione były przez potężną właścicielkę, która ani myślała się ruszyć. Sklep istniał tylko w domyśle – wewnątrz panował półmrok, rozrzedzony światłem przedzierającym się z wysokich, wąskich okien. Zrobiliśmy kilkanaście kroków w głąb: półmrok niespodziewanie rozrzedził się odsłaniając istotę, serce pomieszczenia, jakim okazały się piramidy, góry, kopce książek. Książki wypełniały rusztowania półek zamontowanych wszędzie, od sufitu do podłogi, tworząc w ten sposób wewnętrzne żebra pomieszczenia. Książki zajmowały również środek, składowane w postaci sześcianów o wysokości jednego metra. Książki ułożone w wysokie kolumny wypełniały wszelkie wnęki, uskoki murów. Niemal brodziliśmy w tym nagromadzeniu, nagromadzeniu tak niespodziewanym i intensywnym. Scenografię dopełniały rozmieszczone chaotycznie wieże starych, pożółkłych gazet i plakaty przyczepione na cudem ocalałych gdzieniegdzie wolnych przestrzeniach ścian. Wydrukowane na nich z jakąś barokową przesadą nazwy, hasła i nazwiska niewiele nam mówiły. Tak skomasowane dziesiątki kilogramów papieru wydzielały specyficzny zapach bibliotecznej starości. Przeciskaliśmy się delikatnie między tajemniczymi stertami, ponieważ wydawało się, iż poruszenie jednego elementu spowoduje destrukcję misternie ukształtowanych zależności, zawalenie gazetowych i książkowych gór, tak jak pchnięcie pierwszego elementu domina powoduje całkowitą destrukcję kompozycji. Na regałach, na ścianach, nigdzie nie było żadnych opisów, żadnych wskazówek, gdzie i czego szukać. Tomik poezji sąsiadował z książką kucharską, a melanż gazetowych tytułów po prostu przerażał. Gustavo wiedział o tym i od początku zachowywał się jak rasowy przewodnik - oprowadzał nas wąskimi ścieżkami jakby wydrążonymi specjalnie między zwałami książek, wiódł nas od jednego do drugiego książkowego urwiska, tłumaczył jak mógł, gdzie, co jest i ze wszystkich sił starał się być miły, ale nie była to poza wyuczona, poza pod klienta. Gustavo starał się, ponieważ przyjechaliśmy do jego miasta, weszliśmy do sklepu, gdzie pracował dla grubej señory i na dodatek uważnie go słuchaliśmy – młodego chłopaka, dla którego była to prawdopodobnie pierwsza praca w życiu. Objaśniał więc jak mógł, gdzie, co jest i jak się do tego miejsca dostać, ponieważ brak kierunkowskazów nie był najgorszym utrudnieniem. Nie było kierunkowskazów i to już było jakąś wskazówką, jednak, aby dotrzeć do autora i tytułu trzeba było pokonać kurz. Na książkach rozłożonych na półkach, a potem z braku miejsca na podłodze, na plakatach, na gazetach, na oknach i na ścianach, nawet na suficie, wszędzie leżała gruba warstwa kurzu. Dlatego pomieszczenie tonęło w szarym kolorze, co jeszcze potęgowała czarna plandeka skutecznie powstrzymująca dopływ światła. Grzebiąc w książkach, przewracając żółte kartki zbyt szybko zestarzałych woluminów trzeba było systematycznie otrzepywać ręce, ręce które błyskawicznie szarzały, spopielały się, nareszcie traciły wyzywający, biały kolor. Potęgowało to wrażenie cofnięcia w czasie, dosłownego zanurzenia w papirusach. Wrażenie odcięcia od współczesnego świata wzmagały jednostajne, ciągłe obroty wiszącego pod sufitem wentylatora – helikoptera. Wentylatora – widma, bo mimo że kręcił się dość szybko, jego praca rozpływała się w stojącym, nagrzanym powietrzu.
Gruba señora wciąż spoczywała przy wejściu, po antykwariacie kręciło się kilku facetów, Leszek oglądał każdą książkę, Olgunia poruszała się zrzucając sterty papieru i w ten sposób odkrywała coraz to większe skarby. Gustavo to pojawiał się oferując pomoc, to znikał w okolicy szefowej. Gdzieś odsłonił nam się tomik Miłosza w serii Nobliści, przemknął Marquez z Rulfo, do tego Sábato i na okrasę Cortázar przepleciony z Kapitałem Marksa. Niestety, mieszanka upału oraz kurzu wygoniła mnie z córką na zewnątrz, ponownie pod plandekę. Tam odnalazł mnie Gustavo. Zawrócił, przepadł gdzieś w antykwariacie i po chwili wrócił niosąc dla mnie krzesło. Ustawiłam krzesło na chodniku i usiadłam z ulgą zapakowawszy wcześniej Olgunię do wózka. Gustavo, z błyskiem w oku, przyglądał się mojej twarzy, po czym rzucił pytanie, które musiał nosić w sobie od dłuższego czasu: the U.S.A.?

The USA oznacza po prostu dolary. Ale the USA oznacza też coś, co – myślę – dla Polaka jest rzeczą niezwykłą: możliwość kontaktu z potęgą, potęga rządzącą światem, niemal mitycznym imperium, które tutaj stawiając budynek ambasady otoczyło go wysokimi na dwa metry betonowymi murami. W Paragwaju nie lubi się Amerykanów, którzy podtrzymywali 35-letni reżim Stroessnera, a jednocześnie podziwia, podziwia się ich jakoś mitycznie, nabożnie i czołobitnie, nie zapominając o okazji wyciągnięcia choćby kilku centów. Gustavo szukał w moich oczach potwierdzenia swoich przypuszczeń, chciał dotknąć poprzez mnie Eldorada, tak tłumaczył zagadkę mojej białej twarzy. Szukał także dlatego, że o „the USA” coś wiedział, odróżniał emocjonalnie ten kraj od innych, czuł się bezpiecznie myśląc o mnie w ten sposób. Dlatego, gdy usłyszał: polaca na jego twarzy wypłynęło zdziwienie i rozczarowanie, które niemal natychmiast ustąpiło miejsca młodzieńczej ciekawości. Wiedziałam, że teraz Gustavo próbuje Polskę do czegoś dopasować, a przede wszystkim umiejscowić, osadzić w mapie, bo dla Paragwajczyków Polska brzmi równie egzotycznie nie wiadomo gdzie jak Paragwaj dla Polaków. Patrzyłam na jego wysiłki emocjonalne zderzając się z nagłym, dziwnym odczuciem: jeśli przedstawiałam się za granicą jako Polka, reakcje były różne. Na pewno jednak nie posądzono mnie choćby przez sekundę o pochodzenie ze światowego mocarstwa. Nigdy i nigdzie nie dodawano mi tej czci a priori, na wstępie, jaką widziałam w antykwariacie, w oczach młodego, spragnionego wielkiego życia Paragwajczyka, a potem w wielu innych oczach kiedy posądzano mnie o the USA.

Po pierwszej, elementarnej prezentacji rozmawialiśmy jeszcze chwilkę. Olgunia zasnęła w pozycji siedzącej na wózku. Gustavo, zerknąwszy na mojego malucha półsiedzącego, półleżącego w karykaturalnej pozie, wzorem innych mężczyzn, wypytywał o wiek, imię, chwalił urodę mojej dziewczynki.
Gawędziliśmy, śmialiśmy się. Chciałam zrewanżować się za jego serdeczność i poprosiłam, żeby pozował do zdjęcia. Gustavo nie zrozumiał mojej prośby, sądził że chcę, aby on sfotografował moim aparatem mnie i Małą. Kiedy wyjaśniłam swoje intencje i skierowałam obiektyw na jego twarz, dość długo z powodu mroku dobierając parametry, rumieńce nieomal przebiły brązowy odcień skóry. Wiedziałam, co spowodowało jego reakcję. W Asunción prawie nie ma turystów. Od czasu do czasu można napotkać zorganizowaną grupkę podziwiającą dumny i reprezentacyjny Pałac prezydencki, zresztą rzeczywiście w większości byli to turyści from the USA. Włócząc się ulicami miasta byliśmy sami. Nie spotykaliśmy żadnych zwiedzających, mnożących się przed oczami Japończyków i wszechobecnych automatycznych aparatów fotograficznych. Oddalenie Asunción od szlaków turystycznych nie uodporniło mieszkańców na widok wszędobylskich turystów szturmujących miasto w czasie wakacji. Tubylcy, kiedy zauważali, że robię zdjęcie, kiedy spostrzegali, że fotografuję właśnie ich, pozowali z dziecięcą nieśmiałością, radośnie przepychając się albo odwracając zawstydzaną twarz. A teraz ja, tak rzadko tutaj spotykana osoba było - nie było - z Europy!, tak egzotyczna kobieta, poświęcam jedną kliszę właśnie Gustavowi! Chłopak pozował z bardzo dumną miną, wstrzymując oddech i zerkając wokół, czy wszyscy widzą, a szczególnie olbrzymia, nieruchoma szefowa.

Kupiliśmy w antykwariacie książkę Sobre heroes y tumbas Ernesta Sábato i obiecaliśmy sobie, że na pewno wrócimy do tego miejsca. Nie udało nam się spełnić obietnicy, ponieważ znaleźliśmy księgarnie, a potem całkowicie wchłonęła nas atmosfera Café Literario.
Nie żałuję tej fotografii. Ma ona nie tylko wielką wartość dla Gustava. Patrząc na jego zachwycone oczy i najlepszy z możliwych uśmiech, czuję unoszący się w powietrzu nagrzany słońcem kurz powoli falujący zgodnie z ruchem zawieszonego pod sufitem wentylatora.