Reportaże

 

Nieudany zamach stanu

18 maja 2000 roku odbyła się w Asunción, stolicy Paragwaju nieudana próba zamachu stanu. O północy zgasło światło w naszym domu i słychać było wyraźny miarowy raz oddalający się, a raz przybliżający ryk silników samolotów. Nie wiem skąd wiedziałam, że to zamach stanu. Coup d’état. Leszek myślał, że to raczej jakaś ogólna awaria. Powiedziałam o swoich przypuszczeniach mojemu mężowi. Rano przybiegł Leszek z wiadomością, że istotnie był to zamach stanu. Ryk samolotów był rykiem myśliwców, które nadlatywały z innego miasta, aby zbombardować koszary. Poza tym nic. Cisza.

Wiadomość o zamachu stanu zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Natychmiast w głowie zrodziło nam się mnóstwo pytań i wątpliwości. A przede wszystkim jedna podstawowa sprawa – jak my się stąd wydostaniemy? I czy grozi nam jakieś niebezpieczeństwo?
Tymczasem na nikim ów zamach stanu nie zrobił żadnego wrażenia. Maria José tylko wzruszyła ramionami, Ricardo bardziej zainteresowany był naszą reakcją i nas obserwował, a także mnie, gdy chciwie dopadłam do porannych gazet. Oczywiście rozpisywały się o wydarzeniach na pierwszych stronach. Natomiast Zulma dowiedziała się o całej sprawie dopiero od nas, bo w nocy spała.

Nie wiedzieliśmy nic. Rano przygotowałam śniadanie i wypełniłam wszystkie matczyno-domowe obowiązki. Cisza. Przejrzałam ponownie gazety – rzeczywiście – odpowiednio skadrowane zdjęcia pokazywały kolumnę wozów pancernych, cywili z kałachami i wyszczerbiony strzałem gmach parlamentu. Nie mogłam obejrzeć telewizji, ponieważ nie mieliśmy dostępu do odbiorników, ale przypuszczam, że agencje typu CNN przedstawiły tę sprawę z odpowiednią dramaturgią.

Miasto żyło nadal swoim życiem, ludzie szli do pracy, autobusy i samochody mijały się w zwykłym rytmie. Napisałam krótko o zamachu pewnemu naukowcowi polskiemu, z którym korespondowałam i po upłynięciu krótkiego czasu przeczytałam ten list ponownie. Brzmiał dramatycznie: strzały, myśliwce, całe miasto odcięte od prądu, niepewność, w którą stronę potoczą się wydarzenia polityczne. Do tego należy dorobić sobie obraz utworzony przez dziennikarzy i powstaje widmo tragedii, przez które przeciętnie widzi się Trzeci Świat.

A tak naprawdę w opinii światowej, w opinii tych, którzy w ogóle interesują się krajami rozwijającymi się, a ściślej biednymi, takimi jak Paragwaj kraj ten zwyczajnie się ośmieszył. – Kiedyś to były zamachy stanu – skomentował całą sytuację Pablito, syn Krysi Balmacedy. W rzeczywistości Paragwaju nic nie drgnęło. Nie chcę wdawać się w analizę polityki paragwajskiej, bo się na tym po prostu nie znam, ale zamach ten był pustym, teatralnym gestem, cieniem dawnych czasów, próbą zamanifestowania ciągle groźnej sylwetki niejakiego generała Oviedo i niczym więcej. Szkoda tylko, że wszystko odbyło się przy użyciu siły. Na mieście ludzie komentują wręcz, że był to autozamach, zamach rządzących na samych siebie, aby wywołać co? Większe poparcie wobec obalenia Oviedystów? Podkreślenie roli demokracji?
Symboliczny dla wagi tego zdarzenia jest fakt, że prezydent Macchi grał w chwili wydarzeń w piłkę nożną. Nie wiedział? W takim razie ma nieporadne służby specjalne, które nie są w stanie go ostrzec. Wiedział? I nie zareagował? Cały ten zamach pachnie czystą egzotyką. Kto w dzisiejszych czasach urządza przewroty wojskowe? Dobrze się o tym opowiada, no i zawsze można rzecz skomentować tak, jak to uczynił Ricardo w chwili dobroci dla nas, gdy wszczął coś jakby rozmowę:
We surrvived a coup.

Po kilku dniach wybraliśmy się z mężem i Olgunią do miasta. Normalnie zawołaliśmy taksówkę i wyruszyliśmy. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Pobiegliśmy zobaczyć miejsce wypadków, słynny ostrzelany gmach parlamentu. Rzeczywiście, na budynku widniał kawał odłupanego tynku w miejscu, gdzie wymalowane jest podwójne, oryginalne godło Paragwaju. Poza tym ani śladu działań wojskowych. Poszliśmy dalej. Kilka ulic w głąb przeszliśmy obok niepozornego, ale za to dużego budynku. Oparłam się o betonową kolumnę i chciałam zrobić zdjęcie. Niestety, podszedł do mnie żołnierz z karabinem starego typu i kategorycznie mi zabronił. Nie wiedziałam nawet, że cały budynek jest otoczony wojskiem (dopiero jak się przyjrzałam ujrzałam żołnierzy a to siedzących i opierających się na karabinach, a to zbitych w grupki i rozmawiających), nie wiedziałam, że ma on znaczenie strategicznie i dlatego musi być otoczony. Grzecznie schowałam aparat i poszliśmy dalej. Mimo naszych usilnych starań nie znaleźliśmy później żadnych innych śladów golpe de estado. A po dwóch tygodniach wszyscy Paragwajczycy zapomnieli, że coś takiego w ogóle miało miejsce. Jedyny, który nie zapomniał to generał Oviedo, co jakiś czas próbujący nawet w zbrojny sposób przejąć władzę w Paragwaju.