Reportaże

 

Zulma

Nie wyobrażam sobie domu przy ulicy dr Luis Morquio 668 bez naszej służącej Zulmy. Jej drobna postać pochylona nad aktualnie wykonywaną pracą towarzyszyła nam, pozostałym domownikom, o każdej porze dnia i w każdej niemal sytuacji; jej milczący uśmiech i niespotykana cierpliwość, a także jakaś życiowa mądrość, ale przede wszystkim obecność rozładowywała niejedną trudną sytuację, gdy ludziom wychowanym w różnych systemach kulturowych i na różnych kontynentach przyszło mieszkać pod jednym dachem.

Zulma rozpoczynała pracę przed szóstą rano. Wtedy ta dwudziestoletnia, niewysoka, niezbyt ładna, ale i niebrzydka, bardzo szczupła dziewczyna musiała posprzątać biuro i umyć wszystkie podłogi w domu oraz terakotę położoną częściowo w ogrodzie. Zdanie to brzmi zwyczajnie i nie oddaje koszmaru codziennej pracy Zulmy, dlatego wyjaśniam - nasz dom był ogromny i przestrzenny, zaplanowany z rozmachem oraz nieliczeniem się z powierzchnią. Samo mycie posadzek zapewniało zajęcie na niemal połowę dnia. Działo się tak, ponieważ podłoga wewnątrz domu były wyłącznie kamienna, to znaczy położono eleganckie lastriko. Dlatego każde zabrudzenie, każda plama i zaciek stawały się bardzo widoczne i wymagały dokładnego wytarcia nie tylko ze względu na estetykę. Jeśli na taką podłogę coś się wylało natychmiast ściągała zewsząd chmara mrówek najróżniejszej wielkości. Zulma myła te same podłogi kilka razy dziennie. Najczęściej widywało się ją gdzieś w tle, w najróżniejszych częściach domu, jak zgięta w pół, pochylona nad kijem z mokrą szmatą przeciera zdawałoby się w kółko tę samą, niekończącą się powierzchnię podłogi. Robiła to kilka razy dziennie z subtelnym automatyzmem, dokładnie i szczegółowo, ale na twarzy miała nie tyle zamyślenie, ile rozpaczliwą pustkę.

Po porannym umyciu podłóg Zulma rozpoczynała przyrządzanie śniadania. Śniadanie Ricarda i Marii José było przemyślane, wieloskładnikowe. Rządziła w nim beztłuszczowa dieta i dbałość o właściwe odżywianie. Ponieważ takie wymogi stawiała señora, Maria José, Zulma wyciskała na specjalnej wyciskarce soki z pomarańczy i grejpfrutów, pilnowała grzanek, smażyła jajecznicę na teflonowej patelni, kroiła dyniowate owoce, przesypywała płatki śniadaniowe do specjalnych, szklanych misek, gotowała mleko wlewane później do herbaty. Wyciągała z lodówki najróżniejsze dżemy i mikstury. Podanie śniadania wymagało użycia wielu naczyń i gdy państwo zjedli, służąca zostawała sama w kuchni z wielką furą brudnych talerzy, kubków i szklanek.
Gdy już uporała się z kuchnią, Zulma brała ponownie swoje szczotki do mycia podłóg, szmatki, płyny, wiadra i szła na górę sprzątać pokoje, a zwłaszcza pokój państwa. Często towarzyszyła jej Olguta – moja córeczka od początku podziwiała Zulmę i stała się jej nieodłącznym pomocnikiem wyposażonym we własne plumero. Plumero było przyrządem zadziwiającym pełniącym funkcję skurzawki. Do długiego kija przytwierdzono powiewające na wszystkie strony długie, ptasie pióra. Ponieważ prawdziwe plumero Zulmy zostało bardzo szybko zniszczone przez Olgunię, byłam zmuszona je odkupić. Przeglądając w sklepie stojaki z plumero zdecydowałam się na najpiękniejsze, z piórami w kolorze turkusowym i żółtym. Zulmie także się spodobało, więc stare, szare plumero z połamanymi piórami oddała Oldze. I tak przy sprzątaniu pokoi często można było napotkać zadziwiający tandem – Zulmę kroczącą z wiadrami, ścierkami i kolorowym plumero w dłoni oraz moją Olgunię dreptającą za służącą Zulmą i wlokącą dumnie za sobą stare, zdewastowane.

Na głos swojej szefowej, señory Marii José, Zulma rzucała słanie łóżek tudzież sprzątanie łazienek. Odstawiała w kąt miotłę i zbiegała do kuchni. Nadchodziła godzina pierwsza, czyli czas paragwajskiego obiadu. Wyrafinowana kuchnia Marii José wymagała wielu przygotowań. Zazwyczaj Zulma uwijała się jak w ukropie krojąc warzywa na przystawki, faszerując mięso, przestawiając garnki na gazie. Obiad przygotowywała całkowicie samodzielnie, zgodnie ze wskazaniami señory. Maria José stała obok pokazując palcem, co i w jakiej kolejności należy robić. Zulma skwapliwie wypełniała polecenia, przyprawiała, odcedzała, ugniatała. A jednak nikt nigdy nie powiedział, że było to jej danie. Oficjalnie zawsze było to danie autorstwa Marii José. Kuchenka gazowa buzowała wszystkimi palnikami, czterdziestostopniową temperaturę powietrza zaostrzał włączony piekarnik, Zulma jednak nie mogła sobie pozwolić na zmęczenie.
Popołudnie zwykle było luźniejsze, mniej napięte. Zulmie zostawało podlanie wielkiego ogrodu i trawnika, od czasu do czasu umycie samochodu Ricarda, umycie wyznaczonych okien, bądź przetarcie szafek, czy rozmrożenie lodówek. I tylko jedna zmora – pranie. Pranie było czynnością nieustającą i wszechobecną. W klimacie Paragwaju, w klimacie subtropikalnym, przy temperaturze wyższej niż temperatura ciała, gdy powietrze czasami sprawia wrażenie, że brodzi się w ciepłej wodzie człowiek produkuje olbrzymie ilości potu. Nie jest to właściwie pot, ale wydalana ciągle woda i dlatego ubrania, a także pościel nasiąkają wodą, lepią się, bardzo szybko stają się zmięte i nieświeże. Pranie pościeli, czyli poszewek na poduszki i prześcieradeł służących w nocy do ewentualnego przykrycia się musi odbywać się najwyżej co dwa dni. Zulmy obowiązkiem było nie tylko wypranie całości, ale także wyprasowanie – od wielkich płacht prześcieradeł, poprzez koszule, spodnie, po majtki i skarpetki gospodarzy. Często widywałam Zulmę wieczorem, około 23.00 wciąż cierpliwie pochylającą się nad deską do prasowania w swoim pokoju. My w tym czasie wychodziliśmy do budzącego się do życia centrum.

Pokoik Zulmy był maleńki, najmniejszy w całym domu. Nie było w nim klimatyzacji, jak w pokojach na górze, stał jedynie duży wiatrak. Poza tym Zulma miała do swojej dyspozycji proste, drewniane, jednoosobowe łóżko, krzesło, kilka półek w szafie i deskę do prasowania. W jej pokoju zamontowano także czerwony telefon, przez który wzywała służącą señora. W oknie nie wstawiono szyb, do zasłonięcia nocą wystarczyć musiały drewniane okiennice. Okno wychodziło na zachód, dlatego pokój był obrzydliwie rozgrzany i nie przestawał taki być ani w dzień, ani w nocy. Wystrzegając się piekła zachodniej strony architekt zaplanował rozkład pomieszczeń w ten sposób, że na zachodnią stronę wychodziło jedynie okno jednego pokoju, kolorowe okna w kuchni i pseudo-okno w pokoiku służącej.
Zulma rozpoczynała pracę o szóstej rano, by ją skończyć około północy. Natychmiast szła spać, ponieważ nie miała nawet siły, by zająć się sobą, co dopiero wyjść do miasta. Nie mogła sobie zresztą na to pozwolić - zawsze musiała być dyspozycyjna i gotowa na wezwanie pani. Tak więc od poniedziałku do soboty Zulma nie ruszała się z dr Morquio.
W sobotę po południu, gdy wydała obiad i wykonała wszystkie obowiązki, jechała do swojego domu w Ybycui, położonego trzy godziny drogi autobusem od Asunción. W poniedziałek, wczesnym rankiem już się krzątała, zmywała brudne naczynia pozostawione przez gospodarzy w czasie niedzieli. Żeby dotrzeć na szóstą musiała wyruszyć o trzeciej w nocy. A wcześniej dotrzeć na dworzec w Ybycui.

Z chwilą ukończenia 16 lat, Zulma poszła na służbę. Jest piątym dzieckiem rolników, którzy z reguły są bardzo biedni, dzieląc w ten sposób los swojej starszej siostry, która także jest służącą w Asunción. Skończyła podstawową, elementarną szkołę i zgłosiła się do pracy. Praca przy dr Morquio była jej drugą w życiu. Wcześniej nie tyle zajmowała się domem, ale dwójką małych dzieci. Mówiła o tym niechętnie, zapewne odejście było dla niej trudne. Tamta rodzina powiększała się na jej oczach, Zulma musiała bardzo zżyć się z maleńkimi dziećmi. Tymczasem dom przy dr Morquio oferował jej nieco wyższą ponad przeciętną płacę, ale za to ciężką pracę fizyczną.

Jeśli mogłam starałam się Zulmie pomóc. Jest ona ładną dziewczyną, nieco nieśmiałą, ale może sprawia takie wrażenie dzięki swojemu ubiorowi – codziennie nosiła nowy, czysty, schludny fartuszek służącej i włosy spięte w koczek. W soboty, tuż przed wyjazdem do domu przychodziła się z nami pożegnać – i wtedy widzieliśmy zupełnie inną dziewczynę. Długie, gęste, czarne włosy spadały jej na plecy, a na twarzy wyrastał nieco uszminkowany uśmiech. Ciągle wysyłałam do niej Olgunię, zresztą z biegiem czasu nie musiałam tego robić – Zulma i tak była dla niej najważniejszą osobą w domu. Jej praca była tak wyraźna, widoczna. Tata i wujek Ricardo pracowali siedząc godzinami w jednym miejscu i gapiąc się w ekran monitora. Do tego nie wolno im było przeszkadzać. A Zulma znakomicie potrafiła się odnaleźć pracując właśnie z moją dziewczynką. Poza tym uczyła mnie hiszpańskiego. Cierpliwie poprawiała nieudolne, niegramatyczne opowieści i z czasem mogłyśmy już nieźle poplotkować. Starałam się nauczyć ją choć trochę angielskiego, którym w Paragwaju włada jedynie wąska grupa najbogatszych. Ulica mówi po hiszpańsku i w języku guaraní. Udało mi się nauczyć ją kilku pożytecznych zwrotów i mam nadzieję, że dzięki temu być może dostanie w przyszłości lepszą pracę. W moim europejskim mniemaniu praca służącej jest pracą całkowicie bez przyszłości.

Największe zdziwienie przeżyłam jednak podczas wizyty w naszym domu Krystyny. Krystyna siedząc z nami na werandzie przez chwilę obserwowała krzątaninę Zulmy, po czym powiedziała, że Zulma musi być bardzo zadowolona ze swojej pracy. Ma dobre zarobki i nikt na nią nie wrzeszczy, jak to często bywa między panią i służącą. Maria José jest dobrą panią, bo mimo że robi niewiele przez cały dzień, nie wyżywa się na swojej służącej. Siedziałam całkowicie zaskoczona taką opinią. Tuż przed naszym wyjazdem do Polski Zulma odważyła się zadać pytanie, które długo w sobie musiała rozważać. Pytanie brzmiało: „Jak jest pan i pani po angielsku?”. Wydawało jej się niemożliwe, że w języku angielskim takie pojęcie prawie nie występuje. W tym momencie zorientowałam się, jak mocno jej świat jest ułożony według wzoru señora, señor – sirviente.
Moja wiedza na temat służby, posiadania służby i tzw. statusu społecznego służącej bogaciła się z czasem. Kiedyś zobaczyłam w gazecie reportaż o pani ambasador Brazylii pokazujący jej dom, o który dbała 12-osobowa służba. Miałam wtedy wrażenie, że mieszkam w Paragwaju w bloku, szarym, zwykłym, przeciętnym. I na odwrót – zestawiając dr Morquio w Asunción ze skupiskiem slumsów, zbitych z blach, kartonów i czego się dało parodią domów rozumiałam, że mieszkam w pałacu. Żeby było pikantniej, slumsy te sąsiadują bezpośrednio z Parlamentem i Pałacem prezydenckim. I slumsy i te dwa budynki postawione zostały przy brzegu Río Paraguay i na pewno tak samo bezlitośnie są atakowane przez moskity.